11 listopada 2007, 14:06
Wiesz, troche masz racje. Widziałam ostatnio na ulicy panienke, modną, w markowym płazczyku, wielką skórzaną torbą, rury plus "skarpeta na głowie". No, cała kwintesencja bezguścia, jakie ostatnio panuje w Warszawie. Popatrzyłam na jej nogi, wierząc iż znajdę tam a)baleriny b)botki c)skórzane buty do kolana. A tu co? Piękne, nowe glany. Myślałam, że szlag mnie trafi. Sama noszę glany i jest to dla mnie pewien symbol niezależności, wybicia się ponad innych, zaznaczenia swojej inności. No staje się trudne, gdy obecnie każdy sobie może kupi parę nowych steeli, bo cutyję "są teraz modne". Zaliczanie glanów do kanonu mody mnie śmieszy, podobnie jak dredy, ktore niedawno stał się poprostu modną fryzurą. Uważam, że rzeczywiście pozerów wśród ludzi jest od cholery dużo, czasami mam problem z odróżnieniem metala od dobrze wystywlizowanej dziewczyny. Ale powracając do zagadnienia. To, że noszę glany nie sprawia, że czuję się lepsza. Glany to następstwo przemian duchowych. Nosząc je tylko umacniam swoje przekonanie o niezależności.