W kamiennym kręgu feudalizmu, kastowości, hipokryzji, czyli polskie uniwersytety państwowe

Uniwersytety to z reguły hermetyczne kafkowskie zamki, postfeudalne i kastowe twierdze trudne do zdobycia dla ludzi z zewnątrz.

Feudalizm wydaje się być czymś, co w rozwoju naszego społeczeństwa mamy daleko za sobą. Ale w rzeczywistości postkomunistycznej oraz postfeudalnej, w jakiej żyjemy, wiele instytucji państwowych pozostaje w tyle. Do takowych należy zaliczyć wszakże wyższe uczelnie w Polsce o charakterze państwowym.

 

Feudalizm polegał na tym, że istniał wyraźny podział na pana i sługę. Inną cechą feudalizmu było to, że władza danego pana była efektem nie jego wielkich zdolności, ale tego, że dziedziczył ją po ojcu. "Rasa panów" tworzyła swoistą kastę ludzi uprzywilejowanych, arystokratów, a dostać się do tej grupy było bardzo trudno.

Podobna sytuacja panuje obecnie na polskich uniwersytetach. Wydawało by się, że w miejscach tych selekcja ludzi powinna się odbywa w oparciu o kryterium wiedzy, talentu, pracowitości. Ale gdzież by tam! Takie kryterium jest tylko oficjalną fasadą.

W rzeczywistości, aby zrobić karierę na uniwersytecie, trzeba przede wszystkim posiadać tzw. układy. Najlepszy układ polega na tym, że Twój ojciec lub matka jest wysokim pracownikiem uczelni, najlepiej profesorem, rektorem, dziekanem. Jeśli tak jest - masz zapewnioną pracę na uczelni. Kończysz studia, potem proponuje Ci uczelnia pracę w charakterze asystenta i... po latach zostajesz profesorem, dziekanem etc. Czeka Cię przyjemna życie, mało pracy, wyjazdy, splendory, wielka sielanka trwająca 45 lat.

Jeśli masz nieco gorsze układy, np. masz wujka profesora, wtedy masz także pewne szanse, aby dobrze się w życiu urządzić. Ale jest szansa na to, że zostaniesz jakimś szeregowym naukowcem czy chociażby pracownikiem biurowym uczelni.

Uniwersytety to z reguły hermetyczne kafkowskie zamki, postfeudalne i kastowe twierdze trudne do zdobycia dla ludzi z zewnątrz. Na uczelni panuje jeszcze zbliżona do średniowiecznej hierarchia społeczna. Jeśli chcesz pracować na tej uczelni, a jesteś z zewnątrz - Twoje szanse dostania się do tego zamkniętego kręgu są zbliżone do zera.

Mój kolega skończył studia bibliotekoznawcze na UMCS w Lublinie. Szukał pracy w bibliotece naukowej UMCS. Ale jej nie dostał, chociaż miał dyplom mgr. Dlaczego? Gdyż na wolne miejsce przyjęto syna pracowniczki biblioteki, pani kustosz, który...był z wykształcenia technikiem budownictwa i nie miał pojęcia o literaturze naukowej.

Inny przykład. Studiowałem filozofię na UMCS. Już na pierwszym roku, zanim rozpoczęły się pierwsze zajęcia, dwóch studentów chwaliło się, że zaproponowano im przyszłą asystenturę! Jeszcze nikt z naukowców ich, teoretycznie, nie znał, a już wszyscy wiedzieli, że są oni zdolni. Dlaczego? Gdyż jeden był siostrzeńcem profesora dziekana, a drugi - synem kierowniczki sekretariatu...

Takich przykładów można wymieniać bez liku. Inni zdolni studenci nawet nie mieli szans na przyszłą pracę naukową, gdyż byli spoza układu feudalno-kastowego. Byli spoza "Twierdzy". Nie dla nich więc łatwe życie, praca naukowa, tytuły naukowe. Po studiach poszli pracować w hipermarkecie lub wyjechali na Zachód myć kible.

Badacze naukoznawstwa alarmują, że około 90 % prac magisterskich i doktoranckich, nie licząc już nawet licencjatów, nie ma żadnej wartości naukowej, poznawczej, nie pcha nauki do przodu. Dzieje się tak dlatego, że na polskich uczelniach nie chodzi tak naprawdę o naukę, ale o władzę i łatwe życie dla pracowników naukowych uczelni. To jest zamknięta kasta broniąca swych interesów.

Program naukowy dla studentów i badawczy dla asystentów i doktorów układany jest nie po to, aby nauka się rozwijała, nie po to, aby absolwenci mieli potem pracę, ale po to, aby pracownicy naukowi mieli zapełniony grafik z zajęciami, nawet wtedy, gdy posiadają nikomu nie potrzebną specjalizację. Uniwersytet jest dla pana, czyli naukowca, a nie dla studenta, czyli parobka.

Życie przeciętnego naukowca z UMCS usłane jest różami. Z reguły ma kilka godzin zajęć ze studentami w tygodniu, góra kilkanaście. Reszta czasu to łażenie po mieście, seks, oglądanie telewizji, palenie fajek, pisanie doktoratu,odwleczone w nieskończoną przyszłość. Sielanka trwa. Państwo za to płaci, czyli społeczeństwo, czyli - ja oraz Ty.

Nie dziwcie się zatem, jeśli Wasz nauczyciel nie przyjdzie np. na wykład czy konsultacje, aby podpisać Wam zaliczenie w indeksie. Po prostu nikt go z tego tak naprawdę nie rozlicza. Nikt go za tą absencję nie wywali z roboty, gdyż kto miałby to uczynić; jego ojciec, ciotka, wujek, brat? On po prostu ma lepsze rzeczy do roboty, niż użeranie się ze studentami. On musi wydawać pieniądze, które dostaje od społeczeństwa za to, że (w większości wypadków) nic nie robi pod płaszczykiem tzw. pracy naukowej.

Stach

Stach

34 lata Lublin
5 artykułów 2 teksty 7 prac 59 komentarzy
Szukam harmonii, chociaż nie jestem akordeonistą.

Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
Arek Janicki
Arek Janicki 6 pazdziernika 2008, 00:26
Polemizowałbym z tym artykułem. Być może obserwacje są słuszne, jednak jeśli chodzi o wnioski to są, moim zdaniem, zbyt pochopne i nieprzemyślane. Rzeczywiście dość często można się spotkać z sytuacją, gdy zarówno dziadek, ojciec jak i syn są wykładowcami lub pracownikami naukowymi państwowych uczelni, jednak ja zamiast teorii spiskowych widziałbym tutaj doskonały przykład na to, jak działają prawa genetyki i w jakim stopniu inteligencja jest dziedziczna. Widziałbym też jak sprawdzają się prawidła psychologiczne gdy ojciec-profesor który jest autorytetem dla swoich dzieci stanowi dla nich wzór do naśladowania. Nie zapominajmy o tym, że dzisiejsze społeczeństwo cierpi na brak autorytetów.

Nie przypuszczam też, że szanująca się państwowa uczelnia odmówiła by kariery naukowej (i nie mam tu na myśli pracy w bibliotece) bardzo zdolnemu absolwentowi tylko dlatego, że nie jest spokrewniony z żadnym z pracowników.

Badania dotyczące ostatnio rozdmuchanej "wyższej fikcji" są już znane od lat, lecz weźmy pod uwagę, że w potwornej większości dotyczą one prywatnych "Wyższych Szkół Czegoś i Czegoś" - pseudo-uczelni, w których poziom nauczania jest najczęściej tak żenująco niski, że moim zdaniem powinno się je oskarżyć o zbrodnie na ciele polskiej inteligencji i wyciągnąć wobec oszustów rozdających na prawo i lewo stopnie naukowe surowe konsekwencje.
Stach
Stach 7 pazdziernika 2008, 09:19
Aerjotl. mój artykuł jest wynikiem obserwacji sytuacji zarówno z perspektywy zewnętrznej, jak i wewnętrznej. Mówię o realiach akademickiego Lublina.
Nie zgodzę się jednak z tym, że tylko wyższe uczelnie prywatne mają niski poziom. Pedagogika, socjologia, nawet już historia na UMCS sięga bruku, a prace mgr z UMCS w tych dziedzinach są tak samo denne jak z uczelni prywatnych, nieomalże na poziomie "Poczytaj mi mamo".
Nie zgodzę się z Twą tezą genetyczną. Profesor załatwia dziecku prace na uczelni nawet wtedy, gdy to dziecko jest głąbem. Znam wiele takich przypadków. chodzi tutaj o filozofię etatyzmu, a nie o żadne geny. o to, żeby głąb był uchroniony przed życiem i zaraz po studiach miał załatwioną robotę na całe życie. Tak wygląda lubelska rzeczywistość. nie wiem jak jest gdzie indziej, ale nie sadzę, aby było inaczej...
Marcin Sierszyński
Marcin Sierszyński 10 pazdziernika 2008, 22:40
Cóż, we Wrocławiu nie da się czegoś takiego odczuć. Nie zgadzam się z artykułem, bo w wymowie sugeruje, że chodzi o KAŻDY uniwersytet polski. Nie wiem jak jest w Lubinie, przyznam.

około 90 % prac magisterskich i doktoranckich, nie licząc już nawet licencjatów, nie ma żadnej wartości naukowej, poznawczej, nie pcha nauki do przodu. - a to już wina studentów. Dziś po prostu każdy chce mieć mgr przed nazwiskiem, a czy coś za tym idzie, śmiem niekiedy wątpić.
Stach
Stach 12 pazdziernika 2008, 20:44
Ja jednak nadmienię, ze Wrocław lezy w środkowej Europie, a Lublin-we wschodniej...
To jest pewna różnica.
Marcin Sierszyński
Marcin Sierszyński 16 pazdziernika 2008, 00:41
Ano, faktu się zaprzeczyć nie da. : )
Dominik
Dominik 23 pazdziernika 2008, 16:36
Po pierwsze poprawiłem ostatnie literówki.
Po drugie z moje obserwacje z północy Polski są zupełnie inne. Akurat jestem na 5 roku i kilku moim znajomym także zaproponowano rozpoczęcie studiów doktoranckich. Moim zdaniem to są wybitne jednostki do których nie raz sam zwracałem się z jakimiś pytaniami. Nie zawsze z najwyższymi średnimi ( bo tych już dawno wciągnęły wielkie korporacje ), ale na pewno wielcy ludzie którzy mogą coś zrobić.
Chociaż może to specyfika uczelni ( politechnika ), że ludzie którzy chcą coś robić. Działa to trochę za zasadzie badania=patenty=pieniądze (dla uczelni/katedry)=nowy sprzęt=badania. Niestety nauki humanistyczne nie wpasowują się w ten model.
Stach
Stach 27 pazdziernika 2008, 13:15
Melunhol. Politechnika to inny świat. Ja opisałem humanistykę, socjologię, wydział plastyczny na UMCS, pedagogikę etc. Tutaj panuje etatyzm, klan, kasta, kumoterstwo, feudalizm w znaczeniu dziedziczenia. Dziedziny te nie przekładają się bezpośrednio na pieniądze,na rozwój etc. Jedyny rozwój - to rozwój materialny nauczycieli akademickich oraz lekkie życie.
Z punktu widzenia analizy wartości - wartość większości ich prac = zero.
Oni pracują jak swoiści urzędnicy, to jest szklarnia dla nierobów, leserów.
rss
przysłano: 3 pazdziernika 2008


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło