Pewnego czwartkowego popołudnia w wirtualne okno zapukała okropnie-przerażająca-powracająca opiekunka poezji ze słowami: Haaaaaajdiiii [proszę sobie wyobrazić jakieś mroczne miejsce i głos dobywający się spod ziemi], Haaaaaajdiiii. Zdziwiona i zdezorientowana podbiegłam do okna, by skrócić męki niepewności: czy za chwilę dowiem się, że moje dni są policzone, czy szykuje się wywrotowe spotkanie.
- Muuuuuusisz zrobić porządek z pojedynkami - wyimaginowany głos odczytał mi w głowie słowa z ekranu. - Muuuuuusisz to wszystko zebrać do kupy.
No tak - pomyślałam - czyli coś pomiędzy domysłami.
Takim oto sposobem doszło do założenia tego tematu, gdzie opatrzymy rany lub dobijemy umierających. Do tej pory, łącznie z pojedynkiem Figi z Singerem, do boju stanęło/stanie czternaście par. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takiej frekwencji i niezmiernie się cieszę, że zabawa przypadła wam do gustu. Bo to zabawa, nie? Pamiętacie :) Nie będę przedłużać, przechodzę do pierwszego podsumowania.
[maurda] Oli vs Figazmakiem
Dziewczyny wyzwały się jako drugie na ubitą ziemię, ale zdążyły na niej stanąć jeszcze przede mną i Jakintem, więc honorowo poobserwujemy najpierw ich walkę, która okazała się nadzwyczaj wyrównana, ale i… ostrożna. Żadnych rewolwerów, koni z kopiami czy wyścigów samochodowych, pióra zostały ograniczone do przymusu użycia trzech słów: podróż, wyzwanie, samotność. Co ciekawe, obie wybrały zbliżoną formę: Oli kartki z podróży, Figa list, jednakże na tym podobieństwa się kończą. Jeśliby patrzeć na przelicznik Wywrotka to pierwsza panna zwyciężyła minimalną różnicą, jednakże uważam, że tu remis należy stwierdzić.
Co prawda, Figa nie użyła słowa „podróż” i jakiś nadgorliwy mógłby się przyczepić (pamiętajcie, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu), więc trzeba dopowiedzieć, że zostało bardzo sprytnie wplecione, przedstawione obrazami, a nie wyłożone z kawą, ciastkami i jakby były to jeszcze z lodami na stół. Dobre posunięcie. Wywrotowcy zwracali tu uwagę szczególnie na ładunek emocjonalny, ale również na lekkie przegadanie.
Krystek (choć mój edytor upiera się przy Krostku) stwierdził, że u Figi emocji jest więcej, osobiście nie zgadzam się z tym stwierdzeniem. Tam sam bidul stwarzał pewne emocje, Oli w „kartkach z podróży” zaczyna od zera i trafia cieniami, których jej bardzo zazdroszczę, dość głęboko (a miało być bez rewolweru, a tu taki strzał!) w czytelnika. W przeciwnym razie nie wywołałoby w Wywrotowcach wycieczki do wspomnień.
Dziewczynom gratuluję.
Figa
19 sierpnia 2010, 20:27
Gratulacje Oli! :) To był dobry pojedynek :)
Olivia B.
19 sierpnia 2010, 21:25
Pierwszym śmiałkiem, który wyzwał jednego z Wywrotowców na pojedynek był nie kto inny, ale... nasza kochana Hayde [ vel Hajdi vel Justysia].
Ta urocza Dama rzuciła swoją rekawiczką prosto w twarz niejakiego Jakinta, który oczywiście zgodził się podjąć wyzwanie, gdyż stwierdził, że jego rywalka wygląda na taką, która lubi drastyczne zabawy, a i jemu przyda się mały trening. Wybór broni należy do wyzwanego, a więc Jakint postanowił wyciągnąć działo pod nazwą ''Lemoniadowy Joe'' i zastrzegł, że walka trwa dobę. Panna H. nie uznała tego za poważną broń i przehulała prawie cały ten czas i dopiero pod koniec zaczęła gorączkowo myśleć: ''Co robić, co robić?!''. Już, już chciała się poddać i uciec z pola bitwy, ale... nagle nie wiadomo skąd przybyła jej przyjaciółka Dorota [Tajne Służby Wywiadowcze donoszą, że ów Dorota najprawdopodobniej usłyszała desperacki krzyk Hayde i porzuciła swoich znajomych na kartkach książek, by pospieszyć z pomocą. Jak wiadomo Doti jest osobą wrażliwą i niezwykle czułą]. Tylko dzięki temu powstał ''Wiersz o miastach i o tym co pozostaje''. Tekst ten niezmiernie spodobał się Sędziom [to jest, chciałam powiedzieć: Czytelnikom] i został zgodnie, choć niejednogłośnie oceniony na wartościowy.
w tym samym czasie w innym miejscu... Jakint opowiadał historię o skaramentach. Później jednak w obawie przed różnymi dziwnymi skojarzeniami znajomych, zmienił zeznania i sprostował, że chodziło mu o sakrament... małżeństwa. Pochwalił się też, że zna komornika o nazwisku Limnożozef oraz że małżonka okazała się niezwykle dobrą osobą, pozostawiając biednemu Pisarzowi biurko [Bo czego innego potrzeba Literatowi? No, może tylko parasolki na deszczowe dni. Może być lekko popsuta, bo przecież natchnienie często spływa jak deszcz]. Cała ta historia niezwykle poruszyła Grono Sędziowskie, a Jakint cieszy się laurem zwycięstwa. Sprawiedliwie należy jednak przyznać, że walka Jakint vs Hayde była bardzo wyrównana, a przeciwnicy okazali się nieustępliwi i groźni. Jak widzowie na trybunach komentują całe starcie? Jednym zdaniem: Było świetnie, chcemy więcej, chce-my-więc-eeeeeeeeeej!!'' Relacjonowała dla Państwa Oli, naoczny świadek tych zdarzeń. Z tego miejsca serdecznie gratuluję obojgu z walczących. Nie tylko wygranej, czy udziału w starciu, ale przede wszystkim niebanalnych pomysłów i dystansu.
Jacek
22 sierpnia 2010, 20:11
Estel vs. Krystek - Pantum
Tamtarabej! Tamtamtaratamtarabej! Zagrzmiały fanfary, bo wielkimi krokami zbliża się rozstrzygnięcie uroczego starcia, krwistej batalii między Rudą Estel (która przegrywa zapasy w błocie:D ) a Krystkiem zwanym Krystkiem. Rękawicę rzucił mąż sławy wielkiej, znajomy niejakiej Oliwii, zostawiając tym samym wybór oręża dzielnej Ewelince- Joannie D'arc polskiej poezji współczesnej. A cóż to była za batalia, wie ten tylko, kto czytał. W powietrzu unosił się zapach świeżej krwi, to jednak nie sprawiło najmniejszego problemu naszym pojedynkowiczom. Dziewica Orleańska porwała się z tamponem na słońce i wybrała pantum na sposób torturowania biednego Krystiana. Nie dość, że wrzucony w nieznany malajski gatunek, to dodatkowo naznaczony tematem tak męskim, jak skrzydełka podpasek. Nie poddał się. Walczył jak lew, pływał w morzu czerwonym jak kijanka i nie zawahał się ani na wers. Postanowił zajść oponenta od tyłu. Sprytnie odwrócił comiesięczną perspektywę i pokazał jak pięknie można walczyć. Forma została okiełznana, jednak Krystek, w ferworze walki, zapomniał o idei broni, którą dzierżył w dłoni. Ta z kolei nie umknęła Rudej Panience, od pantum której, rozbolał mnie brzuch. I tu forma została zniszczona jak roczny kalendarzyk miesiączkowy. Estel rozniosła foremkę swoją czerwoną furią. Odłamki utkwiły też w pantum Krystka, które się wykrwawiło i straciło połowę składu metrycznego. Nie, nie! to nie wina Krystka, że wiersz się rwie, to wina Krwistej Damy, która zrazu rzuciła cień na wiersz naszego wytrwałego męża, cień tak znaczny, że trudno z niego wyjść. Mimo solidarności plemników, o której wspominki są tu jak najbardziej na miejscu, muszę ogłosić z dumą zwycięstwo Estel! Gratulacje!
linki do obu tekstów opatrzone mniej krwistym komentarzem (w jednym tylko przypadku) zamieszczam tu:
Ziemia krzyczy, że chce ofiary, zaciągnąć się jakimiś erytrocytami. A kto, jak nie kobieta, miałby wysłuchać próśb Matki Ziemi? Ową kobietą okazała się rycerka z Elbląga, Dominika zwana Domką. Wiele minuto-lat zajęło jej wybranie odpowiedniego kandydata spośród tłumów przebiegających pod oknem. Pewnego minuto-dnia, idąc po ogórki na targ (te od Dyckiego), całkiem niespodziewanie zderzyła się z młodzieńcem. „O! Jakiś nowy” – pomyślała. Rzuciła wzrok na pulsującą żyłkę na szyi i już wiedziała, że Mamusia będzie usatysfakcjonowana tak młodą krwią.
- Ty, cwaniak, chodź się bić.
Młodzieńcem okazał się Marcin B. (z kropeczką, żeby nie mylić ze sławnym poetą od trzech Marcinów), który rzeczywiście dopiero co przybył do miasta. Jako że nie poznał tu jeszcze zbyt wielu osób i nieco mu się nudziło, przyjął wyzwanie rycerki. Tylko było mu nieco nie w smak, że to kobieta. Postawił więc po męsku twarde warunki.
- Stawiam na jedność! Abyś słów za dużo nie użyła, jak to kobiety mają w zwyczaju, bronią, którą będziemy walczyć jest aliteracja.
Miasto obiegła wiadomość, gazeciarze wołali: juuuuuutro pojedynek, pojedyyyynek jutro! Dzieci dręczyły rodziców, by zabrali ich ze sobą na widowisko. Nie, kochanie, nie zabiorę cię tam. To drastyczny sport.
Pierwszy ze sprzętem wyskoczył Marcin, miłujący się w nalewkach do tego stopnia, że na jego chorągwi zagościło ogniste „N”. Tłum oczekiwał drugiego uczestnika. Ludzie niecierpliwili się, podczas gdy Domka kroczyła krętymi korytarzami kamienicy zadziwiająco przypominającej jej szlachetny umysł. Spostrzegając zegarek zaklęła pod nosem. Była pewna, że już po walce, że jej przeciwnik sobie poszedł i nie napoi Matki Ziemi. Pędziła więc na złamanie karku. Kiedy dotarła do wyznaczonego miejsca o mało płuc nie wypluła, krzyknęła tylko „kurwa!” i tłum ryknął śmiechem. Sir Krystek (w edytorze nadal Krostek) pisnął z radości, po czym zaczął wydawać różne dziwne dźwięki. Inni gapie w przypływie euforii zaczęli podskakiwać. Lecz dzielny Marcin B. nie poddawał się, wytoczył przeciw rycerce ciężką batalię: Nietzsche, Norwid i nekrologi. Pojedynek trwał, jednak zamiast wzbudzać napięcie i szalone emocje, przyciągał dobrym humorem. W efekcie żadna krew się nie polała, a przeciwnicy uścisnęli sobie dłonie. Jaki był wynik, spytacie drogie dzieci? Nasz sędzia, Pan Wywrotek, orzekł remis, bo przecież to nie ilość, a jakość jest ważna, a skoro Marcin dopiero do miasta zawitał, mniej osób znało jego adres i nie wszyscy mogli podesłać mu gratulacje.
" Tylko było mu nieco nie w smak, że to kobieta. Postawił więc po męsku twarde warunki."
Może nie wyciągaj na światło dzienne mojego rzekomego szowinizmu, co? :D
No to się rozpisałaś metaforycznie, cóż, później wybrałem się do gospody opijać miodem i winem osiągnięcie cennego remisu z tak uznaną mieszkanką miasta Wywrota.
Marcin Sierszyński
25 sierpnia 2010, 11:53
Wszyscy czekali na ten pojedynek. Mistrz wagi mrówczej - Jacek vel Jaca zmierzył się na ringu z mistrzynią walk w kisielu Ewą alias ew. Cóż to były za emocje! Tym większe, że ew chociaż sama wybrała formę walki (przypominamy tym, którzy nie mieli dostępu do mediów: bajka gwarą śląską!) - przyznała się że nie pochodzi ze Ślunska! Wywrotowe portale oraz pudelek.pl wychwyciły tę wstrząsającą wiadomość, która obiegła świat w zatrważającym tempie, zmniejszając szanse na wygraną ew. Polityczny samobój? Jacek jednak nie zląkł się i dzielnie wskoczył na ring (3 osoby ranne, stan stabilny).
Zostawmy jednak sferę plotkarską, której wstęp posłużył nam tylko do rozpracowania nastawienia psychicznego zawodników. Bestia z piekieł... przepraszam! Jaca, oczywiście - zadeklamował śliczną śląszczyzną wierszowaną bajkę o przepychu Anki. Sam byłem świadkiem, jak publiczność mdlała z zachwytu, jedna z wrażliwszych dziewczyn była bliska śmierci z oszołomienia. Później musiał oczywiście wytłumaczyć rozentuzjazmowanemu tłumowi, co właściwie czytał, więc przedstawił tę bajkę w języku rodzimym, jak na warszawiaka przystało. I tutaj popełnił mały błąd. Lemur w "przepychu Anki" kończy marnie. Do dziś pod domem naszego ulubionego zawodnika koczują wyznawcy Greenpeacu żądając modyfikacji tekstu zgodnie z sumieniem całej rasy ludzkiej (nasz dziennik zajmie się tą sprawą bliżej już jutro! Tytuł: "Bestia z piekieł zmaltretowała upośledzonego lemura!").
Kiedy wrzaski rozpalonych fanek przycichły, na scenę wyszła ew. Jak zwykle zasłoniła twarz (tajemniczość to jej znak rozpoznawczy) a na sali zrobiło się chłodniej. Mrok ogarnął nasze serca. Proszę państwa, sam Ten Którego Imienia Nie Można Wymawiać nie przeraził mię bardziej niż to, co się miało zaraz wydarzyć. Otóż ew, aby uratować się z krępującej sytuacji (nic po śląsku! nawet żadnego wursta! ani innej niemiecko brzmiącej kiełbachy!) zaczęła zaklinać rzeczywistość. Ponieważ dysponowała imionami wielu z naszej kochanej publiczności, zauroczyła ich magicznymi słowami o ulicy wywrotowej. Proszę państwa, do dzisiaj jestem pod urokiem. Moja sąsiadka na ławce vipów do dzisiaj ma oczy jak zombie. I powtarza tylko: Figazmakiem zapomniała / w jakim celu startowała.
Nikt się nie spodziewał, że będziemy mieli taki klasyczny Might and Magic, jak owego dnia! Jednak trzeba przyznać, że tylko Jaca nie stosował chwytów poniżej pasa i jego moce pozostawały tylko w granicach ringu (pomijając brutalny skok na arenę, w czasie którego, pod wpływem barbarzyńskiej furii, ranił 3 osoby). Tak więc: Jacę ogłaszam zwycięzcą tego pojedynku (głosów dawanych pod wpływem zaklęć magicznych nie przyjmujemy - poza tym Jaca jak był mały wpadł do kociołka z magicznym napojem i dzisiaj już nie może...)!
Pozwolę sobie na morał, jak to miało miejsce: magią miecza nie zwyciężysz, chyba żeś jest... eee... magiem bojowym.
Dla państwa, specjalnie z ul. Wywrotowej, wasz zajebisty korespondent Lemur le Mur.
Marcin B
25 sierpnia 2010, 12:09
Daktary Dzirżyterk Singer - Marszyński vel. Lemur
Właściwie nie wiadomo, dlaczego odbył się ten pojedynek, ale się odbył, więc zamierzam go tutaj zrelacjonować. Sprowokował go obywatel o długim pseudonimie-wyzwaniu dla dykcji, którego umownie, wzorem niektórym nazywać się tu będzie Singerem. Ów Singer przygotował się przed rzuceniem wyzwania dość starannie, przeszukując stare księgi w poszukiwaniu najbardziej egzotycznego gatunku literackiego w celu zaskoczenia przeciwnika, którego zwać będziemy Lemurem. Sięgnął po broń obosieczną, która jemu też zadała kilka cięć, ale o tym za chwilę. Formą było Ninni, natomiast temat brzmiał: "Parkour, czyli jak się poruszać po mieście".
Obaj dżentelmeni ustalili dogodny dla siebie termin, po czym... żaden z nich się nie pojawił. Trudno tu oczywiście mówić o zawodzie ze strony publiki, bo o północy, gdy mijał deadline miasto Wywrota wyglądało na wymarłe. W akademickiej połówce godziny spóźnienia zmieścił się natomiast pierwszy z uczestników, Singer, tłumacząc się kilkoma stłuczeniami i upadkiem po drodze, bo przybył przecież, jak przystało na okoliczności pojedynku, drogą dachową. Z uwagi na fakt, że nie było właściwie nikogo, komu mógłby swoje dzieło zaprezentować, umieścił je po prostu na pobliskim słupie ogłoszeniowym, aby mieszkańcy zmierzając następnego dnia rano do swoich obowiązków mogliby się z utworem zapoznać.
Wspomniałem o upadkach Singera? W utworze nie potykał się wcale, ba, pędził do przodu szybciej niż przysłowiowa pantera, niestety nie za bardzo wiedział, w którym kierunku, uprawiając tzw. freerunning, który spodobał się odbiorcom, ale nie do końca zaspokoił ich wysublimowane gusta. W ciągu kilku kolejnych dni o pojedynku zdążyło ucichnąć i nikt już nie spodziewał się pojawienia Lemura, który, ni z tego, ni z owego pojawił się na placu przy dźwiękach swojskiego dubstepu i przedstawił swoją odpowiedź. Przyznam, że sam niewiele z niej zrozumiałem, grała muzyka, ktoś skakał, ktoś tańczył walca, inni łamali sobie kości. "Wokół zdezorientowani", jak to świetnie ujął sam walczący i miał sporo racji.
Wynik starcia? Trzeba powiedzieć, że spotkali się dwaj zawodnicy o dość niewielkim doświadczeniu w dziedzinie tzw "nowoczesnej logistyki miejskiej" i należało raczej podziwiać ich zapał (w przypadku Singera) oraz brawurę (w przypadku Lemura). Jaki z tego morał? Nie mam pojęcia, ale było ciekawie.
„Czy to diabeł jest zły, czy my?” Tak śpiewa pewna grupa muzyczna i choć pytanie retoryczne, jak owoż wyjęte z kontekstu, jest dobrze zadane. Ci, którzy twierdzą że diabeł jest zły, zapewne są tą grupą społeczną, która woli pokazywać palcem na innych, natomiast ci, którzy sądzą że źli są ludzie, sami są diabłami. Nie mi to oceniać, a pojedynek Voyteq Hieronymus Borkowskiego (fajny login) i Marzeny Przekwas-Siemiątkowskiej, który dotyczył pytania „Za co oddałbym duszę Diabłu”. Forma dość ciekawa, a i przyjemna w czytaniu, mianowicie felieton. Rywale podeszli Diabła z różnych zupełnie stron.
Zacznę od Marzeny, która broń chwyciła bardzo delikatnie i z lekkim uśmiechem, ujmując Diabła tym, co zwykle próbuje on podzielić. Rodzina, rzecz najważniejsza. Teście – nie koniecznie. Z tym się muszę zgodzić, chociaż dzieci, nawet po 60tce nadal są dziećmi, to jednak mężczyzna musi być mężczyzną. Nie ukochanym synkiem mamusi, albo niezdarą bez żadnych oznak męskości. Jak na pojedynek, jest bardzo niepozornie, ale jak to mówią cicha woda, brzegi rwie!
Jeśli chodzi o broń Voyteq Hieronymus Borkowskiego (nie umiem odmienić pierwszej części nicka), jest trochę bardziej przewidywalna, można odgadnąć nawet datę produkcji rewolweru. To odbiera ten smaczek i skupienie się na pojedynku. Choć Diabeł tu ucierpiał, bo zawodnik zadrwił z niego wątpiąc, czy w ogóle istnieje. Trzeba przyznać, brutalnie, w porównaniu do Marzeny, zajął się tematem.
Niestety nie zdobył poklasku wśród Wywrotowiczów, bo to piękne oczy, niczym kota ze Schreka2, zadecydowały o wygranej. Z resztą wcale się nie dziwię, bo nikt by nie przypuszczał, takiej poker face w pojedynku. Kocica pokazała pazur. :)
Gratuluję obydwóm stronom pojedynku! Był on godnie rozegrany.
A jeśli mogę wtrącić swoją odpowiedź, za co oddałabym duszę diabłu, to z pewnością za czekoladę, masę czekolady. Jeśli piekło istnieje, a w kotle miesza się czekoladę, to gdybym przepadła na wieki, wiecie gdzie mnie szukać. Ahoj!
Olivia B.
25 sierpnia 2010, 16:13
Marszyńki - Krystek
wiersz na temat: ''<<ale>> jako najpotężniejsza broń człowieka''
Pewnego dnia niejaki Marcin S, znany w przestępczym światku jako Lemur, ale ukrywający się pod fałszywym nazwiskiem Marszyński, stwierdził, że w Wywrotowym miasteczku zrobiło się za cicho. Uwielbiał wszelkiego typu awantury, więc zaczepił przypadkowego przechodnia i powiedział: idziemy się bić, szykuj się! Tym przechodniem okazał się waleczny Krystian, który nie przestraszył się wyzwania i przystał na walkę. Głęboko wierzył w swoje siły i odpowiedział tym zdaniem: rozwalę cię najpotężniejszą bronią człowieka. Później poszedł do domu i zaczął przygotowywać broń. W tym czasie Lemur tylko siedział i kpił sobie z przeciwnika. ''Jaką on może mieć broń'' - pomyślał.- ''Dostałem właśnie Liberaturę - najnowocześniejszy wynalazek i rozwalę nim tego Cwaniaczka w pięć minut''. Następnego dnia spotkali się w samym centrum miasta. Pierwszy dobył broni Macin, a Krystian padł na zimny bruk. Ledwo oddychał, ale postanowił się nie poddawać (musicie wiedzieć, że ponad wszystko cenił swój honor). Sięgnął po karabin i oddał kilka strzałów. Niestety spudłował... Z ust gapiów wydobyło się głośne ''oooooooohhh!''. Lemur z uśmiechem podał rękę swojemu przeciwnikowi i powiedział: dobry z ciebie przeciwnik, jeszcze się spotkamy. Po tych słowach odszedł, a Krystian z pomocą kilku wzruszonych całym zdarzeniem młodych dam wstał i ruszył przed siebie. ''Dokąd idziesz?!'' - krzyczała jedna z pozostawionych pań. ''Potrenować przed kolejnym starciem. Następnym razem to ja będę górą'' - odkrzyknął K i utykając ruszył na poszukiwanie broni jeszcze większego kalibru niż Liberatura, którą został pokonany.
Obaj Panowie wykazali się męstwem, czego im serdecznie gratuluję.
Oto zdjęcia, które udało mi się wykonać komórką podczas walki:
Figa to Twoje podsumowanie jest the best!
Masz u mnie czekoladę za humor, taką z orzechami:)
Figa
26 sierpnia 2010, 13:11
jeeeee! <3
Figa
28 sierpnia 2010, 20:50
Krystek – Jacek
( O maaatko! To nie pojedynek, to prawdziwa wojna!)
Pierwsze co mi przyszło na myśl, to piosenka Pidżamy – Chłopcy idą na wojnę. Nie wiem, dlaczego wszystko sprowadza się do muzyki, no ale mniejsza. Krystek wypowiedział wojnę Jackowi, najstraszniejszemu opiekunowi, niczem potwów z mimiką godzili. Tak więc poszli na wojnę i jak Grabaż śpiewa, piszą listy z wojny, tyle że z herbertowskim stylem
Herbert inspirował się mitologią, co nie trudno odgadnąć. Być może dla tego panny dorodne, czekające na listy ulubiły bardziej Jacka, u którego bagnety, stygmaty i Akteon wydały się bliższe Herbertowi.
Jeżeli chodzi o Krystka, to Marks i Lenin nie przekonują, podobnie jak „szczyt schodów”, który jest w zasadzie Herbertowski, ale bez mocy. Po za tym gdzie na wojnie schody, kiedy Grabowski o okopach śpiewa!
Z mojej subiektywnej opini tylko tyle, że w tym pojedynku liczyła się ogólna wiedza o Herbercie, nie tylko pojedyncze wiersze, choć i życiorys również. Z niego można by wyciągnąć wiele ciekawych wskazówek do listu. Po za tym, mogliście żołnierze zainspirować się „listem do Ryszarda Krynickiego” , abyśmy biedne panny, jeszcze bardziej poczuły moc poezji Zbigniewa Herberta.
Reasumując: Panny topią się w objęciach generała Jacy, a na chłopcu Krystku urosną zioła. Oby to jakaś trucizna była, coby pomogła w kolejnym pojedynku (o ile to będzie pojedynek na zioła :D ).
Ps. Dać dziecku czekoladę, to by od razu Krówkę Milkę chciała, więc jakby mi któryś z żołnierzy produkcję „alpen gold” kupił, za tę ciekawą relację, to byłabym szczęśliwa :D.
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami żyła sobie dziewczynka. Była bardzo skromna i miała na imię Karolinka, choć wszyscy nazywali ją Figą. Pewnego dnia postanowiła, że zmieni swoje życie. Pomyślała, że fajnie byłoby być jak Xena- Wojownicza Księżniczka. I tu pojawił się problem. Xena przecież ciągle z kimś walczyła. Coś trzeba było robić. Figa Wojownicza Księżniczka - Samozwaniec rozejrzała się, ale jedynym potencjalnym przeciwnikiem był wędrowny śpiewak Daktary. ''Dobre i to'' - pomyślała i wyzwała biednego Daktarego na pojedynek na śmierć i życie. Był on niezwykle honorowym młodzieńcem, więc nie wypadało nie stanąć do walki. Postawił jednak taki warunek: albo bijemy się na takie różne dziwne i niepowiązane ze sobą słowa, albo żegnam. Figa oczywiście na to przystała, bo chęć mordu nie pozwala postąpić inaczej.
Nie minęło wiele czasu, a już nasza mała Figa wystawiła swoją broń. Niestety chyba nie potraktowała sprawy poważnie,bo przechodząca niedaleko dziewczynka [zupełny laik w dziedzinie militarii] dostrzegła kilka usterek. Siła rażenia też nie była była jakaś niezwykła, bo Daktarego nie zmiotło. Należy jednak sprawiedliwie przyznać, że Figa pokazała na co ją stać i aż strach pomyśleć co się stanie, jeśli ta Wojowniczka w przyszłości postara się choćby odrobinę bardziej przy budowie broni.... Obawiam się, że to może zniszczyć pół ludzkości! Albo nawet całą!
Daktary.... Po nim również nie było widać jakiegoś wielkiego zmęczenia pracą nad bronią. Na koniec sam nie był do końca przekonany, czy wszystkie pokrętła [zwane przecinkami i kropkami] są w odpowiednich miejscach. Jednak ogólny efekt końcowy był nieco lepszy niż w przypadku jego przeciwniczki. Jego pomysł wywołał większe zainteresowanie, a wykonanie było ciekawsze.
Dodam jeszcze, że był to bardzo ciekawy i wyrównany pojedynek. Oby więcej takich!
PS. Nie jadam czekolady, ale przyjmuję inne nagrody rzeczowe. ;)
Figa
28 sierpnia 2010, 23:12
A wiesz, że mam coś z tej Xeny? Bo jak mi się nudzi to sobie często włączam Gothike brata, wpisuję kod na nieśmiertelność i wszystkich zabijam. Fajny sposób na wyładowanie emocji. :D
Marcin Sierszyński
28 sierpnia 2010, 23:24
Figa! Oszukujesz! Wiesz ile miesięcy zajęło mi przechodzenie tej gry?! :P
Jacek
28 sierpnia 2010, 23:25
Xena to Xena...ja tam wolałem Przygody Herculesa i jego wiernego druha Jolaosa. Biedny był ten jegomość...Hercules co odcinek miał nową nałożnicę, a ten tylko podpatrywał swego kuma...
Figa
28 sierpnia 2010, 23:52
Ile? Ja przeszłam tylko 2 część fair. Bo pierwsza była jakaś głupia, za to w trzeciej się fajnie zabijało :D