Pedro Almodóvar - Julieta, recenzja

Nerwica nadwrażliwości

 

Przyznam się, że nie zrobiłem odpowiedniego rozeznania przed rozpoczęciem seansu. Gdybym to zrobił, prawdopodobnie nie byłbym tak zaskoczony. Przez cały film zastanawiałem się nad tym, czy Almodóvar nagle stał się introspektywną kobietą w średnim wieku i czy to genialne z jego strony, czy przerażające. Aż do napisów końcowych, gdy w pewnym momencie pojawiło się – na podstawie opowiadań Alice Munro. I wszystko stało się jasne.

Właściwie, powinienem był się tego spodziewać. Pamiętam jak oglądałem Skórę, w której żyję i z drżeniem obserwowałem jak pewna młoda kobieta ściska Uciekinierkę. Powiedziałem sobie wtedy – nie, to tylko podnoszenie walorów pracy, to nie może być przecież prawda, że Almodóvar weźmie ją na warsztat. Gdzieś tam z tyłu głowy wiedziałem jednak, że to w końcu nastąpi. Tak oto powstała Julieta.

Przed przejściem do kwestii fabularno-ideologicznych chciałbym poświęcić chwilę na aspekty techniczne. Nie wchodząc już nawet w szczegóły absurdów w rodzaju spania w pełnym makijażu, czy dziwnego fetyszu na prokreację w bieliźnie – ten film jest po prostu słaby. Ujęcia są nudne, sprawiają wrażenie dziwnie starych i technicznie nieobrobionych, ale nie w sposób, który podkreślałby nieubłagany bieg czasu, czy też hołd w stronę dawnych technologii, ale dziwną amatorszczyznę, której wcześniej u Almodóvara nie uraczyłem. Lokacje są nudne, pozbawione jakiejkolwiek atrakcyjności, przy czym nie jest to ascetyczna przestrzeń, ale taka, w której naprędce postawiono jakiś kwiatek, czy wazon, żeby nie było tak pusto. Muzyka jest koszmarna. Przypomina budowanie napięcia w jakimś marnym thrillerze klasy B, w którym „szalony muzyk” uderza w jeden przycisk bez opamiętania, bo widział kiedyś Szczęki. Jest oczywiście zawarte w tym wszystkim piękno natury i hiszpańskich prowincji, ale jest to zasługa, jak mi się zdaje, samych lokacji, a nie wizjonerskiego użycia kamery.

Dość jednak o tym, bo to, co naprawdę przeraża to fabuła, a właściwie to, co owa fabuła oznacza. Dla osób niezapoznanych z tematem – Alice Munro to kanadyjska pisarska, znana głównie z opowiadań, która trzy lata temu dostała Nagrodę Nobla w kategorii literatura. Dlaczego to jest przerażające? Bo Alice Munro jest dobrą pisarką. Bo Alice Munro ma pewną delikatność w przedstawianiu postaci kobiecych, pomijanych dotychczas w literaturze. Bo, mimo wszystko, Alice Munro jest chodzącą harlekinem, któremu świat intelektualistów dał się przekabacić, że to literatura wysoka.

Ten film to jeden wielki melodramat. Fabuła opiera się na (szok) Julietcie, która jako dorosła kobieta planuje wyjazd ze swoim partnerem do Portugalii. W pewnym momencie spotyka koleżankę z dzieciństwa swojej córki, która opowiada jej o tym, że widziała potomstwo Juliety nad jeziorem, ale potomstwo nie chciało się z nią witać. Po tym traumatycznym przeżyciu Julieta postanawia odwołać swoją podróż do Portugalii (racjonalnie tłumacząc swojemu partnerowi – nie pytaj, nie chcę o tym mówić) i postanawia przeprowadzić się do swojego poprzedniego mieszkania, które zamieszkiwała kiedyś z córką. Następnie, dla wyjaśnienia sytuacji niewidzialnej widowni, pisze dla niej list, dzięki czemu możemy dokładnie poznać historię Juliety.

W tym momencie zaczynają się problemy. Postacie mówią paskudnie dziwnym żargonem, połączeniem praktyczności życia codziennego i sentencjonalizmu. Porozumiewanie się za pomocą górnolotnych cytatów i mądrości życiowych jest tym koszmarniejsze, że częstokroć kończone jest jakimś absurdalnym wcięciem, mającym na celu rozwikłanie zagadki fabularnej(Mały spoiler: osobiście moją ulubioną sceną jest, gdy główna bohaterka opowiada o tym, że ludzie, w porównaniu ze światem zwierząt, pozbawieni są jakiejkolwiek ochrony, gdy się rodzą, by zakończyć to, w tej samej wypowiedzi, zdaniem – jestem w ciąży. Złoto komedii!). Wszystko to zagrane jest na wyciszeniu. Wszystkie kobiety, niezależnie od okoliczności są wyrozumiałe, mądre i z pozycji tych eterycznych aniołów patrzą na brutalny świat.

Najgorsze w tym wszystkim są misternie tworzone, semi-inteligentne postaci, które są kartonowymi podróbkami rzeczywistych ludzi. Julieta uznaje siebie za naznaczoną fatum, ale wciąż jest to fatum wybielone. Mimo tego, że nie zrobiła nic obiektywnie złego, obwinia się, pokazując swoją wrażliwą naturę, dochodząc do granic empatii. Sprawia to niesmaczne wrażenie jak gdyby cały świat powinien pochylić się nad tą biedną kobietą, która mimo tego, że jest taka dobra to zdarzają się jej tak potworne rzeczy. Jest to płaska postać, która sprawia wrażenie jakby była stworzona jako apologetyczna wersja samej autorki. Mężczyźni w tym filmie również zdają się być tylko karykaturalnym wyobrażeniem starszej pani. Silni i zmysłowi kochankowie są marzeniami dziewczynek o romantycznym rybaku, który zabierze ją siłą do raju na ziemi, w którym będą żyć i płodzić dzieci do czasu, gdy okaże się taki, jak wszyscy mężczyźni. Mogą być ewentualnie intelektualistami dla kobiety dojrzałej, którzy gonią za nią, gdyż jest ona wyjątkowym kwiatem, mimo tego, że rani ich i krzywdzi. Nawet pisząc to, czuję wewnętrzne mdłości. To samo jest zresztą w przypadku kobiet, które, jak się wydaje, najchętniej położyłyby się na podłodze wszystkie razem i ocierały się o siebie krzycząc – WRAŻLIWOŚĆ, EMOCJE, ULOTNOŚĆ.

Tutaj właśnie ukrył się ten intelektualny zgrzyt. Kobiety w Julietcie są marzeniami. Świat jest marzeniem. Wszystko jest podporządkowane emocjonalnemu spojrzeniu kobiety w średnim wieku, która kreuje sobie wyimaginowaną rzeczywistość. Całość obrazu przypomina pejzaż intelektualny stworzony przez tą nasza dziwną sąsiadkę, która zajmuje się tymi wszystkimi kotami, która przez pół dnia siedzi w oknie i przez drugie pół w swoim bujanym fotelu, czytając tę dziwną serię książek z czerwonym i czarnym sercem na okładce. Rozgrywa te wszystkie dramaty w swoim umyśle, tworzy skomplikowane intrygi i historie, ale to wszystko jest poezja starszej pani, a nie proza współczesnego świata. Tworzenie obrazu pseudo-idealnych mężczyzn dla pseudo-idealnych kobiet działa źle dla wszystkich zaangażowanych. Postaci tworzone przez Alice Munro, które następnie przemiela Almodóvar, to podróbki. Brak jest w nich ugruntowania w rzeczywistości. Nie posiadają także tych ambiwalentnych cech bliskich człowiekowi, a każdą postać da się podsumować takimi niewiele mówiącymi przymiotnikami jak – szlachetna, wrażliwa, dobry, zły. Nie ma tu miejsca na głębsze zastanowienie się nad istotą tych postaci, stworzenie ich skomplikowanych portretów psychologicznych. Jest tylko nieustanna pogoń za coraz to silniejszą emocją, coraz bardziej niszczącą, która w perspektywie wydaje się być wręcz masochistyczna.

Mimo wszystko – nie jest to tragiczny film. Almodóvar nadal potrafi opowiedzieć historię w sposób zajmujący i ciekawy, ale brakuje tutaj jego dotknięcia kontrowersji, nieoczywistości, do których przyzwyczaił nas w Drżących ciałach, czy Porozmawiaj z nią. Julieta jest tylko marną podróbką jego wcześniejszych dzieł. Sam Almodóvar wydaje się nawet stać trochę z boku tego wszystkiego, przez co dużo miejsca zostaje dla kanadyjskiej noblistki, która, siedząc w swoim oknie widzi już, niestety, niewiele.

 

Ocena: 5/10

Julieta

Reżyser: Pedro Almodóvar

Scenariusz: Pedro Almodóvar

Produkcja: Hiszpania

Czas trwania: 96 min.

Premiera w Polsce: 2 września 2016

Premiera na świecie: 8 kwietnia 2016

 

 

Jakub Wejkszner

25 lat Gdańsk
20 artykułów


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
przysłano: 12 września 2016


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło