Kurort na Parnasie. „Góry Parnasu” Czesława Miłosza

Miłosz przyznał, iż im dalej odkrywał karty chrześcijańskiej historii, tym ogarniał go większy zawód. Nie od dzisiaj ludzkość walczy w imię Boga, zasłaniając się wysoko uniesionym krzyżem.

Jedna ze zdecydowanie mniej znanych prac Czesława Miłosza. Powieść. W dodatku – sciencen fiction. Ktoś, kto nie widział, mógłby rzeczywiście nie uwierzyć. Ale jednak. Góry Parnasu – eksperyment rodzimego noblisty, którego niejeden włożyłby do szuflady tradycjonalnych twórców dawnej daty. Artysta dla wielu tylko szkolny, który ponoć wałkuje czasy słusznie minione i ku potomnym zapisuje ich obraz przełożony niemal przez każdy pryzmat. Tutaj niespodzianka – powieść umieszczona w ramach końca XXI wieku. Zatem ten utwór tyczy się nas, drodzy moi współcześni.

 

Nie jest to rzecz absolutna, rysująca ściśle swój koniec i początek. Nie jest nawet do końca spójna (chociaż być może do jej zamysłu muszę jeszcze dorosnąć). Składa się na nią kilka wybranych przez autora rozdziałów: opis Gór Parnasu oraz przedstawienie historii poszczególnych postaci. Czas w utworze obejmuje rozpęd pociągu ludzkiej cywilizacji który, jak się później okaże, dąży do wykolejenia. Ludzie niemal zdołali już osiągnąć prędkość światła; potrafili, jak gumę, rozciągnąć przestrzeń jednej minuty (ładując w jej bagaż niezliczoną ilość chwilowych przeżyć i doznań). Udało się ulepszyć życie, świat, otoczenie, a przede wszystkim – człowieka.

 

Nie trudno domyślić się zatem, że ukazanie gwałtownego rozwoju i w ogóle kierunku, w jakim idzie cywilizacja, zapowiada ogólnoludzką zgubę i apokalipsę. Co zatem dysonuje w tej książce, a zarazem jest jej głównym atutem, to ukazanie bardzo ludzkich bohaterów. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby była dziewiętnastowieczną, naiwną powieścią, którą Miłosz cenił; to spektrum jednak obejmuje czasy nawet nam dalekie, jeżeli w ogóle podobne nastaną. Bohaterowie są tacy jak my, z jednakowymi potrzebami przynależności, zrozumienia, bezpieczeństwa i sensu – przede wszystkim. Różni ich jedynie poczucie rychłej zagłady, której obraz staje się coraz bardziej klarowny. Miłosz podejmuje bliskie sobie tematy egzystencjalne: natury społecznej i religijnej. Zadaje pytanie: jaki kierunek obrała ludzkość, ba! nawet fatalistycznie odpowiada, że to nie był dobry wybór.

 

Zdaniem autora nawet świat artystyczny przemienił się w czysto zarobkowy rynek. Opisując tytułowe góry Parnasu, nie mówi o ich boskości i niegdyś elitarnej siedzibie muz. Obrazuje szusujących po nich narciarzy, którzy traktują to miejsce jako formę wypoczynku. Sztuka – Olimp, Parnas właśnie – przestała być sacrum, nie jest już poświęceniem zbliżającym ludzi do czegoś wyższego, może do Boga, może do Słońca. Stała się rozrywką mas, uległa degradacji w celu jej ułatwienia, bo nietrudno dzisiaj o samozwańców. Miłosz nie jest przeciwnikiem ludzi, nie wznosi się ponad nich (o czym świadczy jego krytyka Związku Astronautów). Może jedynie przestrzega nas przed ignorancją, pragnąc wpoić, iż prawdziwa sztuka naprawdę wymaga poświęceń, rzetelnej pracy i wytrwałości.

 

Chodzi o każdą płaszczyznę życia. Co mamy teraz? Banalnie jest wciąż powtarzać, iż świat nasz przesiąknięty jest materializmem. Ale czy w jego czasie nie jest to spostrzeżenie prorocze? W powieści występuje prąd M 37, który odpowiada za długowieczność poszczególnych bohaterów. Członkowie Związku Astronautów są dzięki niemu prawie nieśmiertelni, niebywale inteligentni, o gładzi czoła niezmąconej myśleniem. Ta wiedza jednak pasuje jedynie do miary technicznej, poza nią nie ma niczego, gdyż nie jest wynikiem strudzonej drogi pełnej prób i błędów, ponieważ, jak mówi autor, „co po pancerzu lub gorsecie, jeżeli kryje słabość?”

 

A czy dzisiaj nie pragniemy szybkich sukcesów? Czy nie pozwalamy upajać naszego umysłu w nadziei na owocny wynik psychodelicznych doznań? A czy nie jest to po trosze oszustwo, iż dochodzimy do niego nie drogą własnej pracy, a zewnętrznych katalizatorów w różnej postaci? Miłosz zwraca uwagę na sieci osaczającej nas obłudy. Na płynną granicą między twardym słowem a metaforą. Mówi, że ogarnia go niechęć przed zbiorowością, gdyż ta podatna jest na populistyczne hasła, na wyłączanie myślenia. Miesza się to co dosłowne z parabolicznym sensem, szczególnie dzisiaj, gdy słowa Testamentu traktuje się wybiórczo, a ludzie za nim idący dają sobie prawo do sądzenia innych. Miłosz przyznał, iż im dalej odkrywał karty chrześcijańskiej historii, tym ogarniał go większy zawód. Nie od dzisiaj ludzkość walczy w imię Boga, zasłaniając się wysoko uniesionym krzyżem. Ale teraz ta klęska uderza jeszcze bardziej, gdyż w epoce technicznego sprintu, mimo wynalazków i ulepszeń, nie wyzbyliśmy się zawiści do odrębności, do różnic jakie między nami istnieją.

„(…) Na ścieżkach Galilei ja, nieszczęsny, bez innego oparcia niż przekonanie, nie tak znowu niezbite, że ci uczniowie wiernie przetłumaczyli jego słowa na grecki, że nie zaprawili ich swoimi fantazjami (…)

 

Książka obejmuje dwa światy – pierwiastek typowo ludzki, tzn. śmiertelny, nie zniknął. Bohaterowie, jak to często bywa w powieściach, stają przed wyborami. Tutaj zaskakująca jest sama ich decyzja: odrzucają odkrytą już nieśmiertelność na rzecz kruchej i żałosnej egzystencji ludzkiej. Miłosz zatem wygrał z nami w przedbiegach, ponieważ zauważył, jaki byłby skutek nieśmiertelności człowieka. To co jego zdaniem najbardziej określa człowieczeństwo, to czas, w którym mamy swoje wyjątkowe doznania przeplecione rutyną życia. To nie ekscytacje – zmieniające się co minutę; to nie świetlne prędkości – błędnie nazywane podróżami (są za krótkie by zapamiętać obrazy i przeczucia z nią związane).  Miłosz zaznacza, że człowiek musi żyć w horyzoncie swojej śmierci, gdyż to go uskrzydla i daje motywacje, by solidnie czerpać jak najwięcej.

 

Mimo iż nie uważam tej powieści za do końca udaną, (byłabym ewenementem, gdybym napisała inaczej), to jednak doceniam idee z jakimi mierzy się autor. Nie jest to wytwór łatwy i przystępny, ale ponoć sztuka jest po to, by męczyć. Trzeba przyznać, że zamysł minął się z całością, gdyż to przyznaje nawet sam autor. Myślę jednak, iż nie ma sensu traktować jej aż tak marginalnie, ponieważ dotyczy nas dosłownie. Nie przyszło nam żyć w czasach wojennych, ale kto wie, czy nie zmierzamy do jeszcze gorszej zagłady. Bo przecież pragnienie posiadania władzy nad innymi ludźmi, chęć decydowania wbrew nim, ku własnym jednostkowym ideom nie zniknęła, co więcej – jest nieodłączną cechą człowieka.

 

 

Martyna Milewska

 

 

Czesław Miłosz, Góry Parnasu

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013

okładka twarda, stron 128

Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
kamil
kamil 21 sierpnia 2013, 14:32
Niezła recenzja. :)
Martyna Milewska
Martyna Milewska 21 sierpnia 2013, 16:20
Dzięki;)
rss
1 283 wyświetlenia
przysłano: 19 sierpnia 2013


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło