Bez zaskoczenia, jest lubieżnie i rubasznie – „Skecz zwany morderstwem” Marcina Wolskiego

Różnorodność postaci sprawia, że jest lubieżnie i rubasznie: „(…) opowiadają sobie kawały tak grube, że nie przeszłyby nawet przez odbyt najstarszego pederasty.” Nie jest to humor dyskretny, ale bardzo obrazowy i sugestywny dla postaci oraz środowiska gwiazd. W tej aurze dochodzi do zbrodni – jest morderstwo, zatem mamy kryminał.

Nie myśląc o tym, co czynię, jak to często mi się zdarza, gdy sięgam po książkę, zacząłem czytać Skecz zwany morderstwem Marcina Wolskiego. Przyznam, że kombinacja tkwiąca w tytule przysporzyła mi trwogi, ponieważ ktoś odważył się bezczelnie zadrwić z kryminału. Miałem okazję już poznać tego typu eksperymenty i nie wydały mi się one dotychczas szczególnie udane. Postanowiłem jednak nie trzaskać furtką przed Marcinem Wolskim, tym bardziej, że jego literatura była mi totalnie obca, no może jedynie tytuł Eurodżihad gdzieś, kiedyś usłyszałem, lecz bez dalszych konsekwencji.

 

Autor zabiera czytelnika w świat ostatnich lat minionego ustroju, przybliżając życie artystów estradowych, zakrapiane dużymi ilościami alkoholu i urozmaicane sukcesami na drodze zaspokajania pragnień swoich i młodych dziewcząt, które smakują sławy w zaciszu pokoi hotelowych swoich idoli. Różnorodność postaci sprawia, że jest lubieżnie i rubasznie: „(…) opowiadają sobie kawały tak grube, że nie przeszłyby nawet przez odbyt najstarszego pederasty”. Nie jest to humor dyskretny, ale bardzo obrazowy i sugestywny dla postaci oraz środowiska gwiazd. W tej aurze dochodzi do zbrodni – jest morderstwo, zatem mamy kryminał. Podoba mi się, w jaki sposób wprowadzona zostaje postać mordercy, czujemy jego oddech, ponieważ spogląda na to nieświadome niczego towarzystwo, wchodzi w tłum i skrywa swoją prawdziwą naturę. Czytelnik to czuje, wie, że czai się zło, lecz nie dostrzega gdzie, ponieważ całe środowisko jest zepsute. W tym miejscu wołanie o pomoc odnajduje swojego adresata w postaci obrońcy prawa porucznika Romana Zabielskiego. Ten milicjant ujmuje swoim zaangażowaniem i przenikliwością, przewyższającymi wszystkich swoich kolegów. Rozpoczyna się gra…

 

Lubię te momenty, kiedy pojawia się książka w książce, a tu jest tego dużo: „Na regale Zabielski zauważył sporo książek – albumów, biografii słynnych twórców, a także dobrej literatury.” Dla mnie, jako czytelnika, jest to coś wyjątkowego, od razu rodzi się sympatia do autora, bo przecież pisze, ale i czyta. Często to co ja, a wtedy pojawia się wymiana myśli. Jest to literackie napięcie, lektura, która otwiera się na nowo. Nieszczęsny czytelnik szuka skojarzeń i przypomina sobie całe doświadczenie z książką, którą zabiera zawsze ze sobą i zadziornie wyciąga w miejscu publicznym, nie zważając na nic dookoła. Jest sztruksowa marynarka i smak słów. To także sympatia dla bohatera, bo przecież to jest opis, który wystarcza za wszystko – dobra literatura na regale. Ponadto Marcin Wolski zdradza się jako pisarz świadomy, który zna konwencją kryminału, wspomina pannę Marple, Joe Alexa, Sherlocka Holmesa, ale także serialowego Kojaka i bardzo realnego wampira z Katowic. W ten sposób troszczy się o czytelnika, który czuje, że wie gdzie aktualnie się znajduje. Zresztą sam tytuł wskazuje na pewne wystąpienie, przedstawienie kryminału, po uprzednim przefiltrowaniu przez swoją wrażliwość, zdolność lektury, a przede wszystkim poczucie humoru.

 

Rzeczywiście bywa śmiesznie. Są także momenty napięcia, szczególnie przez ostatnie kilkadziesiąt stron lektury. Są fragmenty, które sprawiają, że czyta się lekko i przyjemnie. Niestety, nic więcej. Trudno polecać lekturę, która tylko bywa poprawna. Jest wiele słabości w budowaniu akcji oraz bohaterów. Szczególnie przez to, że wydają się oni mało realni, a sytuacje w których się odnajdują bardzo sztuczne i poprowadzone za pomocą okropnych dialogów. Jest nierówno, a każdy lepszy fragment po chwili zostaje zamordowany z podobną brutalnością, jaką czyni to powieściowy morderca. Zdecydowanie najsłabiej wypada rozdział, w którym poznajemy obraz dostrzegany i odczuwany z perspektywy ofiary. Z jednej strony pomysł bardzo intersujący, lecz zniszczony przez złą realizację. Totalnie nie przekonuje mnie bohaterka, która zdaje się być postacią o niesamowitych zdolnościach, których nic nie tłumaczy, nawet regał z książkami w pokoju.

 

Nie ma zaskoczenia. Dla mnie to kolejna książka do przeczytania – odhaczona. Swoją treścią i formą niewiele wnosi do mojego czytelniczego doświadczenia. Nie mówi o niczym, czego współczesny człowiek nie wie i co go niepokoi. Literatura powinna zaczynać się od pytania, bo to rodzi potrzebę odpowiedzi i stawiania kolejnych pytań. Myślę jednak, że Skecz zwany morderstwem powinien odnaleźć swoich odbiorców, ponieważ nie jest bezbarwnie, a końcówka poprowadzona jest naprawdę bardzo dobrze. Dla amatorów literatury kryminalnej przyzwoita pozycja. Szczególnie dla tych, którzy pamiętają czasy, w których toczy się akcja, bo wówczas można ze szczerą satysfakcją zestawiać swoją wiedzę z zaistniałymi w powieści miejscami i zdarzeniami.

 

Marcin Wolski, Skecz zwany morderstwem

Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2012

okładka miękka, 359 stron

 

Łukasz Sroczyński

Łukasz Sroczyński

34 lata Będzin
12 artykułów 5 tekstów 36 komentarzy 4 posty

Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
przysłano: 24 września 2013


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło