Wywrota, przystanek Złoty Potok


    relacja ze Zjazdu Wywroty 2012

     

    W tym roku na majówkę Wywroty udaliśmy się jeszcze w kwietniu, a jako że wieść głosiła, że żadna wywrota jeszcze do Jury Krakowsko – Częstochowskiej nie dojechała, postanowiliśmy to zmienić. Przez ostatnie trzy dni miesiąca siła portalu zasilała Złoty Potok; szczęśliwie udało nam się nie zasilić jego wód, ale atmosfera z pewnością nami przesiąknęła.
    Wrażeń, jak zwykle, zlot przyniósł sporo. Żeby poukładać wspomnienia, zostawić potomnym ślad po wywrotowych kołach i za sto lat nie zapomnieć, gdzie się spędzało te najintensywniejsze dni z życia Wywrotowca, oddaję w Wasze oczy relację ze Zjazdu 2012. Wszelkie uzupełnienia są jak najbardziej wskazane, nie od dziś bowiem wiadomo, że spisującej to i owo czasem umyka. We wszystkich bowiem miejscach i momentach być mi naraz nie było dane.

     

     

    Sobota, 28 kwietnia


    Od samego rana najeżdżamy Złoty Potok. Miejscowi sklepikarze już zacierają ręce, przeczuwając, że to będzie dobry pod względem utargu weekend. Nie mylą się – Wywrotowcom zawsze czegoś zabraknie. Zawsze. Około godziny 15 jest już większość zapowiedzianej ekipy, Ewa próbuje rozlokować nas po pokojach, ostatecznie czynimy to sami, mamy nawet namiot, bo prawdziwy Wywrotowiec niczego się nie boi – ani Ewy, ani namiotu. Sami też organizujemy ognisko – okazuje się, że „możliwość rozpalenia ogniska” zawarta w ofercie pensjonatu, w którym się zatrzymaliśmy, znaczy ni mniej ni więcej niż kawałek przeznaczonej do tego ziemi. Nie takie rzeczy Wywrotowiec jednak czynił. „Organizujemy” drewno, kamienie, ławeczki, obrusy, stoły i inne niezbędne do ogniskowania przedmioty. Wczesny wieczór gromadzi już wszystkich, są więc: Figa, która znad morza przywiozła Michała (Figowego) i Trampka (Piotrka), Sylwia i Michał (Tramwaj), kierownica Wywroty Hayde, Dżastin, kucharz Filip (Daniel), (biedna) Domka, drugi Filip (Filip), Ewa z młodzieżą (Młody i Młody), Grześ z Agnieszką i małym Antkiem. Są lokatorzy namiotu – Claudia i Dawid, jest Wojtek i Sirocco, jest varzyvko (Marchewka), na motorze przyjeżdża Adam. Nie może zabraknąć także władcy wywrotowej gitary i ostoi naszego bezpieczeństwa – Cugla oraz Olgi (Dahlia von Meck), która dostarczy nam niesamowitych wrażeń muzycznych. I jestem też ja, pisząca te słowa.


    Z gości „dojeżdżających”, odwiedzili nas w Złotym Potoku: Pan Janusz Ochocki, który jest lokalnym artystą z Żarek, a który w poniedziałek udostępni swój warsztat rzeźbiarski dla naszych poczynań artystycznych. Swoimi fraszkami czas umilał nam też Marek Monikowski, który zasłynął także z najszybciej napisanego tekstu na wywrotowe pojedynki literackie. Tej tradycyjnej już w wywrotowym gronie zabawy nie mogło bowiem zabraknąć. Wywrotowcy wyzywali się nawzajem do walki na słowa, finał tych walk nastąpił w poniedziałek. Kierownica Wywroty – Justyna – namawia do starania, kusząc tajemniczymi kartonami pełnymi nagród. Jeszcze nie wiemy, co jest w kartonach, ale już dostajemy niespodzianki. Każdy Wywrotowiec otrzymał w darze od elfek Pana Wywrotka spersonalizowany kubek, ze zdjęciem swoim i logiem Wywroty. Z kubków tych pito później płyny przeróżne. Na odbiór wciąż czekają kubki niektórych z nieobecnych na zlocie Wywrotowców – Arku, Grzegorzu – Wam Wywrota też potowarzyszy w porannej kawie jeszcze bardziej niż do tej pory! Konieczny jest jednak odbiór osobisty, bo wieść głosi, że kubki w podróży pocztowej tracą swoje właściwości.
    Nie obyło się bez tajemniczego elementu biurokracji – każdy Wywrotowiec otrzymał dwie kartki, które przykazano mu wypełnić. Przeznaczenie wypełnionych kartek miało być ujawnione dopiero dnia następnego.


    Przy ognisku, rozmowach i śpiewach upływa nam czas do późnych godzin nocnych, lub – jak kto woli – wczesnych porannych.

     


    Niedziela, 29 kwietnia


    Spać nam nie dało głównie słońce. Wywrotowa tradycja każe na czas jakiś przed majówką złożyć w ofierze dary, aby na czas zlotu wokół Wywrotowców wytworzył się pogodny mikroklimat, a chmury żeby nie przysłaniały nieba. W tym roku ofiara musiała być nad wyraz hojna, bo słońce przesadziło i trochę nie dawało żyć. Zupełnie jakby uważało, że spalony (słońcem) Wywrotowiec to nie Wywrotowiec. Zatem przeklinając lejące żar niebiosa, udaliśmy się na niedzielny spacer. Złoty Potok poza oczywistymi walorami przyrodniczymi, cieszącymi oko, może się pochwalić również Pałacem Raczyńskich, niszczejącym co prawda, ale wciąż noszącym ślady dawnej chwały i bogactwa oraz stojącym w sąsiedztwie Dworkiem Zygmunta Krasińskiego, w którym zamieszkał w roku 1857. Zwiedziliśmy Muzeum Regionalne i udaliśmy się na długi i przyjemny spacer, mijając miejscowy staw Amerykan, mijając jaskinie i dążąc do źródeł, których czyste wody gasiły nasze pragnienie. Po powrocie i krótkim zregenerowaniu sił zebraliśmy się ponownie przy ognisku. Program zapowiadał „uroczystą kolację”, musieliśmy jednak skonfrontować możliwości z zamiarami – uroczysta kolacja odbyła się przy ognisku, zamiast obcasów Wywrotki ubrały trampki, a za porcelanową zastawę posłużyły papierowe talerzyki (mniej naczyń do pozmywania). Jednak posiłki, które zafundował nam wywrotowy kucharz i jego pomocnicy (względnie wywrotowi pomocnicy i ich kucharz), podane do ogniskowych stołów przez Wywrotki, były iście uroczyste. Śmiem nawet twierdzić, że tak dobrze i smacznie to Wywrotowcy jeszcze na żadnym zjeździe nie podjedli. Nie podejmę się wymienienia wszystkiego, co zostało przygotowane, ale do dziś chylę czoła wywrotowej kuchni. Tego popołudnia odwiedził nas jeszcze jeden Wywrotowiec – Lucus, którego nie widzieliśmy dość dawno i z radością powitaliśmy.

     

    Aby dopełnić formalności, w trakcie Wywrotowej Gali (dobrego ogniska z dobrym jedzeniem) nastąpiło nadawanie Wywrotowcom tytułów. Dzień cały mieliśmy za zdecydowanie się, kto zasługuje na konkretne miano. Wyszło tak:
    Wywrotowcem z La Manchy została Dżastin, jako walcząca z wiatrakami – podobno, żeby coś zdziałać, trzeba poczekać na sprzyjające wiatry;
    Wywrotka z Zielonego Wzgórza – estel (zupełnie nie wiem, jak to skomentować);
    miano Marudera Przewywrotnego zyskał sobie Grzesiek z nick-ąd – ale pewnie mu się to nie spodobało;
    Łowcą Klaksonów zostało varzyvo; chodzą słuchy, że podwoziła niektórych na zjazd najszybszą drogą;
    Order Cudownego Dziecka Wywroty powędrował do Figi, niby mówiła, że się nie spodziewała, ale to taka jej skromność, chyba nikt jeszcze wcześniej tak ładnie nie uczył się matemat... czytać z Wywroty; dodać trzeba jednak, że o ten tytuł ubiegał się również mały Antek, któremu imię rymuje się z nazwiskiem; jestem przekonana, że jak tylko nauczy się czytać, to Figa ze spokojem przekaże mu tytuł albo zmienimy tytuł na Cudowne Dzieci;
    Gwiezdny Wywrotowiec to nikt inny jak Tramwaj, głównie z racji niesienia gwiazdki oświaty młodemu pokoleniu;
    co do przyznania Uśmiechu Pana Wywrotka nie było wątpliwości – uśmiech Sylwii był tak przekonujący, że niektórzy głosujący dawali łapówki organizatorom, żeby tylko pozwolili im zmienić głos;

    tytuł Krytycznej Maszynki Do Mielenia Wiersza otrzymała estel; z powodu dwóch przyznanych orderów powstała nowa kategoria – Maszynka z Zielonego Wzgórza;
    Władcą Pędzli została nieobecna na zjeździe, ale związana z Wywrotą Joanna Krzepina, której obrazy prezentowaliśmy na wystawie w Domu Kultury w Żarkach;
    Złota Struna Wywroty, a raczej Złoty Strun Wywroty to oczywiście Cugiel, bo bez niego trwalibyśmy w złej ciszy, albo uroślibyśmy w przekonanie, że potrafimy śpiewać. Niektórzy potrafią, oczywiście.

     

    Wywrotowe tytuły przyznawała redaktor prowadząca Wywrotę – Justyna, a upominkami stanowiącymi nagrody były... książki! Więc znowu nam czytać przykazano, jakbyśmy mało się w życiu naczytali – marudzili niektórzy, a w rzeczywistości każdy pakował z radością książki do plecaczków, bo odkąd Wywrota sprzyja akcji „Nie czytasz – nie idę z Tobą do łóżka” czytelnictwo wśród Wywrotowców gwałtownie wzrosło. ;) Również nasza kierownica otrzymała podarki od wiernych użytkowników – aż dwie wywroty do dobrego prowadzenia – jedną misternie stworzoną z zapałek (Sylwia i Michał – arcydzieło!) oraz plastikową, która w naczepie wiozła dobre słowa. Obie podobno wyposażone są w najnowszej technologii system nawigacyjny, który ma uchronić Wywrotę główną od wjechania na złe tory. Albo tory w ogóle. W czasie zdzierania sobie gardła przy okazji wyśpiewywania ogniskowych pieśni, można było zbudować swój dom w instalacji Wywrotowe Miasto, która zawisła na okolicznym płocie. Mając do dyspozycji wycinki z gazet, pisaki, naklejki i inne papiernicze przydatności, a przede wszystkim – własną wyobraźnię i pomysłowość, tworzyliśmy wywrotową rzeczywistość. Ciemno było i w słabym świetle telefonu komórkowego dostrzegłam jedynie zarys jakichś nagich kobiet i zamki z obrażonymi księżniczkami.

     

     

    Poniedziałek, 30 kwietnia


    Poranek przywitał nas... brakiem wody. Świat za to nie przywitał nas niższą temperaturą. Udaliśmy się do Domu Kultury w Żarkach, gdzie już w sobotę varzyvo, Claudia i Justyna przygotowały Wywrotową wystawę. Przy dużej pomocy i otwartości pani Magdy z rzeczonego ośrodka (dziękujemy!) zostało nam udostępnione miejsce, w którym prezentowaliśmy prace Wywrotowych artystów: obrazy Joanny Krzepiny z Krakowa, fotografie Sylwii Stemplewskiej, Claudii Douglas i Grzegorza C. Skwarlińskiego oraz grafiki Waldemara Dąbrowskiego, który wraz z żoną odwiedził Żarki i Wywrotę tego poniedziałkowego południa (Panie Waldemarze, na Pana kubek również czeka!). Wernisaż prac reklamowany był plakatami i czuwającym przy Domu Kultury banerem Wywroty; myślę, że budził spore zainteresowanie. Mając kilka godzin do następnego punktu programu, część z nas udała się na spacer dookoła Żarek, zostaliśmy poinstruowani co do ciekawostek, które warto w mieście zobaczyć. Tak więc zwiedziliśmy Kirkut – stary żydowski cmentarz, zaszliśmy do źródła przy Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej oraz podziwialiśmy zespół dziewiętnastowiecznych stodół. Następnie już całą ekipą zgromadziliśmy się w chłodzie warsztatu rzeźbiarskiego pana Janusza Ochockiego (nadal w Żarkach), gdzie najpierw podziwialiśmy twórczość gospodarza (rzeźba w drewnie), a potem sam gospodarz pokazał nam, że rzeźba nie jest jego jedyną pasją – czytał swoje wiersze i przygrywał na gitarze. Następnie Mariusz Wieteska (wywrotowy Sirocco) prezentował swoją książkę pt. „Pewnego dnia przyszedł do mnie...”, a wieczór autorski Grzegorza Szafoni z niezwykłą wprawą poprowadził Michał Domagalski. Od Grzesia dowiedzieliśmy się, że poezja sprowadza się do matematyki i budowania domów. Spotkanie zwieńczył niesamowity koncert Dahlii von Meck, która na bardzo małej powierzchni dała popis wytrawnego muzyka i porwała Wywrotowców za serca.

     

    Tego wieczoru przy ognisku zebraliśmy się już w mniejszej sile osobowej, ale ducha nie brakło. Część Wywrotowców musiała ze zlotu wracać wcześniej niż zaplanowano (podobno bardzo daleko od miejsca spotkania miały się odbyć jakieś matury).


    Wieczorem odbyło się rozstrzygnięcie wywrotowych pojedynków literackich, z których przedstawić jestem w stanie jedynie małą część, gdyż napotkałam pewne trudności w rozszyfrowaniu owych zapisanych słów, część została zalana przez różnego rodzaju trunki stające w przejściu, a część nie dotarła do rąk przeznaczenia. Zabawa jednak przyniosła nam dużo radości, odkryła nowe talenty, a zwycięzca każdego pojedynku otrzymał kolejne książki. Tu już zaczęliśmy podejrzewać Hayde o jakieś nieczyste układy, bo książki wyciągała jedna za drugą, a potem to je nawet zaczęła rozdawać za nic.


    Dalsza część nocy to już czysty relaks, „Niebieskość” śpiewana kilka razy, niezmordowany Cugiel i Adam i Młody, który szlochał ze śmiechu. Świtało już, kiedy ostatni Wywrotowcy zeszli z pola ogniska i oddali się w objęcia Morfeusza. Jednak przed oddaniem dwie dzielne Wywrotki przygotowały Cuglowi śniadanie do łóżka, do pracy.

     

     

     

     

    Od wczesnych godzin wtorkowych zwijaliśmy bagaże, po kolei się żegnaliśmy, pakowaliśmy bagażniki, planowaliśmy kolejne rychłe spotkania, by porozjeżdżać się do domów, z nowymi siłami, wspomnieniami i zapewnieniami, że nadal jedziemy prosto i na boki skręcać nie będziemy.

     

     

     

    Zlotu Wywroty nie sposób nie podsumować garścią podziękowań. Więc w imieniu całej obecnej na zjeździe Wywroty szczególnie dziękuję Ewie, za trud włożony w organizację całej imprezy (okazuje się, że zebranie nas wszystkich do kupy wiąże się niemal z osiwieniem), za kontakty z Domem Kultury w Żarkach i Hayde za organizację merytoryczną, za wynalezienie sponsorów, dzięki którym mamy co czytać i za wspieranie Ewy. Z braku wywroty jako takiej (kierowca nieobecny, jeździ na zagranicznych papierach, a kierownica zostawiła prawo jazdy w domu Czesława), w miejsca bardziej odległe, a tym samym przerastające możliwości wywrotowych nóżek, dostarczał nas niezawodny Cugiel swoim równie niezawodnym Cuglobusem. Za to również dziękujemy, jak i za niezmordowanie w wykonywaniu utworów na każde wywrotowe zawołanie. Każdemu z osobna dziękuję za przyjazd i za masę uśmiechu, który naładował akumulatory, za pamiętne historie i teorie. I choć z niektórymi z Was widuję się tylko raz do roku, intensywność owych kilku spędzonych wspólnie dni wynagradza miesiące, w których kontaktujemy się jedynie za pomocą klepanych w klawiaturę literek. Tu przynajmniej mogę Was rozczytać, za co chwalmy Pana (Wywrotka)!

     

    Od trzech już lat na zakończenie relacji mówię Wam: do zobaczenia! Nie inaczej zrobię i tym razem, bo to w Was jest siła Wywroty i dopóki ma ją kto pchać, nie boję się, że stanie i nie ruszy.
    Mam nadzieję, że nieobecni w tym roku na zjeździe nadrobią zaległości w przyszłym, proszę tylko być aktywnym na Wywrocie i ładnie się uśmiechać do Ewy, podobno to lubi!

     

     

     

    Jako, że po każdym zlocie Wywrotowcy zaczynają się nagle porozumiewać sobie tylko zrozumiałym językiem, poniżej prezentujemy słowniczek, który pomoże w zrozumieniu nowej mowy. Słowniczek ten w komentarzach ma pełne prawo i obowiązek ulec uzupełnieniu.

    Słowniczek pojęć:

    • dla mnie bomba – wyrażenie całkowitej aprobaty dla wywrotowych poczynań, pochodzące od najmłodszego uczestnika zjazdu – Antka. Określeniem tym można skomentować każdą inicjatywę pochodzącą od Wywrotowca;
    • pachoł – osobnik bezpłciowy, którego podstawą egzystencji oraz jedynym prawem jest służenie swojemu panu; pachoły nie mają prawa organizować się w związki pachołów (istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że siądą na ławeczkach i będą ryczeć do siebie), pacholstwo jest dziedziczne (syn ojca pachoła jest pachołem) oraz przechodnie (pachoł mojego pachoła jest moim pachołem); najbardziej zniewoloną odmianą pachoła jest pachół – ale i tak się cieszy;
    • cisza – rzeczywistość równoległa, w której dzieje się to wszystko, co się nie dzieje w rzeczywistości obecnej; najbardziej zagorzali przedstawiciele ciszanizmu twierdzą nawet, że w ciszy jesteśmy wyspani, a nawet wyspami;
    • Żabdronka – sieć marketów zatrudniających pachoły, posiadająca bardzo chwytliwe hasło reklamowe: „Najniższe płace!”. Więcej szczegółów zdradzić nie możemy, ponieważ zawarte są w biznes planie powstającego zakładu pracy.

     

     

                                                        estel

     

     

     

     

    Próbka tekstów pojedynkowych:

     

    Figa

    Wstrzymany Czerwony Potok pewnej Pani
    zalał całą Wywrotę swoimi mądrościami,
    młode dzieci nie wiedziały, co się właściwie stało
    - czy to smutek, czy coś z nich uleciało.
    Nikt nie wiedział przecież, bo skąd ma wiedzieć pachoł,
    jak wygląda czerwień z kolorem bez kształtu,
    cisza, cyberprzestrzeń po cichu ogarnęła
    i podświadomie w tyłek wszystkich kopnęła.
    Jak kawa czerwona od formy Pani,
    która przecież śpiewała to wszystko dla nich!
    Wywrocięta wnet skumały, że to kogut pieje,
    a potok słów złotych upadł na glebę.
    Gębę roztrzaskało, piwo się wylało,
    a wszystko dlatego, że się Oli nie udało
    czerwonej cegły prosto z pieca wyjąć
    i tak zaginęła, ze wstydu płoty gryząc. 

     

     

    Claudia

    Tato Michała usiadł na parapecie
    i pomyślał: ech, co mi po takim kotlecie.
    Syn spalił patelnię, nic się nie udało,
    choć niepozornie jakoś wszystkim smakowało.
    Dobrze, że na kucharza wychowałem moje dziecię. 

     

     

    Michał

    Mała Claudia smacznie w namiocie spała, 
    gdy naszła ją ochota spalić se sandała.
    Jednak nie znalazła żadnego buta,
    usiadła na parapet, nie włożyła kożucha.
    Potem tata krzyczał, że się rozchorowała.

     

     

    Janusz Ochocki

    Cing Pinga przestępcę z Bangkoku,
    policja szukała lat cztery.
    Ale dokładnie w pół roku
    znalazła Romana z Riwiery.
    Dedukcja? Improwizacja?
    Czy może zwykły przypadek?
    Do jasnej cholery – nie wiem,
    lecz nie płacz, kiedy odjadę. 

     

     

    Marek Monikowski

    Nie ma sensu polewania cycków miodkiem,
    bo przecież cycki i tak są słodkie.

     

     

    Janusz Ochocki
    Nie ma sensu polewania cycków musztardą,
    coca colą, ketchupem czy mlekiem.
    Cycki wszak to nie frytki ani jaja na twardo,
    przecież cycek też jest człowiekiem!

     

     

    Janusz Ochocki

    Pewien mecenas z okolic Chodzieży,
    chodził do pracy w skarpetkach nieświeżych.
    Chodź w świeżych mówiła mu żona,
    lecz nowych mu drzeć było szkoda.
    Bo w słowa od dawna mecenas nie wierzył. 

     

     

    Grześ
    Cóż można drzeć prócz szat i gęby
    gdy wkoło same są (??? ratunku, nie wiem co to za słowo, przyp.red.)
    można wyszczerzyć głupio zęby 
    i nie powiedzieć ani słowa

    bo pachoł zawsze był pachołem
    gdzie do poezji z takim ryjem
    chodź posyp główkę mi popiołem
    bo zlot choć umarł jednak żyje

    a szczęście za oklaski kupię
    technicznie bywam świetny przecież
    a jeśli czasem się wygłupię
    jestem pachołem przecież wiecie

     

     

    Dżastin
    Tutaj, w klimatycznym Złotym Potoku,
    wieszcze oddają urok widoków,
    wywroty włączają wysokie obroty,
    hołd im oddają pachoły i kmioty.
    W dźwięku podskoków żeńskich odwłoków. 

     

    Figa
    Pewien mały chłopiec kupił sobie piwo, 
    bo chciał poznać swoje najsłabsze ogniwo.
    Ale pani w sklepie dała mu lizaka,
    on nic nie mówiąc wsiadł na składaka,
    pożyczonego, którym do Złotego Potoku wrócił krzywo.

    Pewien znany zespół zagrał ciekawą piosenkę
    - trawa rosła, ptaki ćwierkały, a Jezus miał cycki,
    Michał trochę mniej. Wyczesany pies o kocich
    oczach przeżywał czas postu,
    modlił się i biegał jak za ogonem wąż. 
    Michał wówczas śpiewał ta ostatnia niedziela,
    choć był piątek, dzieci wybiegły ze szkoły,
    cycki się usmażyły, ale lafiryndy nie było. 
    Bardzo dziwnie się złożyło
    (???)
     

                                                                         

     

     

     

     

     

     

    Podczas zlotu nagrody otrzymaliśmy od:

     

             

     

     

             

     

     

           

     

     

     

    Zdjęcia


    estel

    Ewelina Dybowska estel premium

    30 lat stąd
    43 artykuły 34 teksty 3840 komentarzy 494 posty
    Była opiekunka sekcji poetyckiej. Na pozór spokojna i wrażliwa dziewczyna, kryje jednak w głębi duszy radykalne poglądy i gdy ktoś zajdzie jej za skórę potrafi nieźle dopiec. Nieraz zasłynęła z ciętego języka. Postrach nastoletnich poetek.…
    Zasłużeni dla serwisu


    Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
     
    estel
    estel 20 maja 2012, 21:46
    Ciąg dalszy zdjęć nastąpi, przetwarzają się. :)
    Justyna D. Barańska
    Justyna D. Barańska 20 maja 2012, 22:25
    A wszyscy może nie widzieli na facebooku na rozwiązanie konkursu: zdjęcie z Ewą. Tutaj zwycięzca: www.facebook.com/photo.php?fbid=10150782166062030&… :D:D:D
    Michał Domagalski
    Michał Domagalski 20 maja 2012, 22:54
    A zdjęcia z galerii? Gdzie reszta prac? Jak już nas tam Ewa nie zabrała, to chociaż niech tutaj się pojawią...
    dominika ciechanowicz
    dominika ciechanowicz 21 maja 2012, 00:10
    "Wywrotka z Zielonego Wzgórza – estel (zupełnie nie wiem, jak to skomentować)" Estel, spójrz w lustro! Po prostu jesteś ruda.
    Justyna D. Barańska
    Justyna D. Barańska 21 maja 2012, 10:14
    Komu zależało, ten na wystawę dotarł. Myślałam, że na zlocie były w większości osoby dorosłe, których nie trzeba za rączkę prowadzić. Może się jednak pomyliłam.
    Grzesiek z nick-ąd
    Grzesiek z nick-ąd 26 maja 2012, 15:34
    w kwestii formalnej: nigdy nie śmiałbym sprowadzić poezji do li tylko matematyki i budowania domów i chyba trochę mi przykro ,że tak zostałem usłyszany
    w kwestii dorastania i dorosłości kopara opada jak można wyzłacać:)
    rss
    przysłano: 17 maja 2012

    Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
    Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

    Zgłoś obraźliwą treść

    Uzasadnij swoje zgłoszenie.

    wpisz wiadomość


    lub tradycyjnie
    login lub email
    hasło