Wywrota

Nowa buźka, czyli o nowej poezji

Dziesięć przykazań autora dla czytających i piszących poezję. Kolejny - miejmy nadzieję że nie ostatni - artykuł w toczącej się na Wywrocie dyskusji o pisaniu, poezji, miejscu pisarza i poety w bezrefleksyjnym świecie.
Do dziś zastanawiam się, czemu wokalista Bad Religion zestawia w ,,Hear it" kiepskie żarty z poezją. Czyżby jej aż tak nie lubił (sam pisze teksty, więc może to nieco dziwić)? A może rzeczywiście układanie wierszyków, mniej lub bardziej ambitnych, przypomina raczej głupawą rozrywkę, bezsensowną ,,sztukę dla sztuki", która nie obchodzi nikogo, z wyjątkiem samych poetów, niż realną i potrzebną próbę powiedzenia czegoś o sobie samym?

Jak wiadomo wszem i wobec (także za sprawą Gazety Wyborczej: pozdrawiam redakcję), w Krakowie odbywa się właśnie ,,szczyt poetów"(nazwę tę zaczerpnąłem z tytułu jednego z artykułów na ten temat). Ów ,,szczyt" to ni mniej, ni więcej, tylko szeroko zakrojona próba zwiększenia zaintere-sowania poezją w naszym rodzinnym kraju, m.in. poprzez zorganizowanie szeregu spotkań z poetami, także z zagranicy, a dokładnie z USA. A cóż to? Dwoje żyjących Noblistów(wstyd przypominać, na-grodzeni zostali za swoje wiersze), kilku niedoszłych, paru potencjalnych i trzeba w tym wszystkim zwiększać zainteresowanie poezją? I jeszcze sława nazwisk takich jak Stachura, Wojaczek, Herbert, Czechowicz, by poprzestać na najbardziej znanych. No więc w czym problem? Poeci sobie, a ludzie sobie. I wcale nie chodzi mi o to, by ludzie słuchali poetów jak wieszczów. Wystarczy, że będą czyta-li. Niekoniecznie od razu po dwa tomiki dziennie. Co jednak zrobić, gdy poza szkolnymi formułkami nie wie się o poezji (i nie chce się wiedzieć) absolutnie nic? ,,... niech pozostanie po nas milczenie" - tak chyba można by odpowiedzieć, cytując ,,Bez dogmatu" Sienkiewicza.

No dobrze. Poszedł ładny cytacik i teraz macie mnie za inteligenta. Zatem posłuchajcie.

Po pierwsze: modyfikacja lekcji języka polskiego. Kochane te zajęcia niejednego doprowadziły do zwątpienia w sens zajmowania się w jakikolwiek sposób poezją. Trzeba pozwolić czytać. Kto będzie chciał, ten przeczyta, kto nie, ten nauczy się z bryku. Efekt będzie ten sam, jak w przypad-ku, gdy pani profesor, skądinąd rozsądna, wbija do głowy parę frazesów, umożliwiając zdanie matury i jednocześnie uniemożliwiając kontakt z poezją. Ludzie przepuszczeni przez takie sito nigdy w życiu nie zrozumieją, że można pisać wiersze i nie mieszkać w Tworkach (ale np. na warszawskiej Pradze). Co to ma do nowej poezji? To, że bez innego uczenia, nie ma sensu zmienianie czegokolwiek. Niech poeci się bawią dalej, a my róbmy swoje, nie zważając na nich, bo po co nam ten bełkot. Takie właśnie rozumowanie rozgościło się, świadomie czy nieświadomie, w głowach wielu, naprawdę wielu ludzi.

Po drugie: poezja to są słowa. Żadne uczone odkrycie, ale nie wyśmiewajcie mnie za odkrywanie Ameryki. Słowa dobrze przemyślane (nie zawsze, niestety), ale tylko słowa. Dobrze by było, gdyby coś znaczyły. Męczącego brzęczenia zdań można mieć dosyć po dziesięciu minutach oglądania telewizji. Fajnie się czyta coś, co działa na emocje, ewokuje plastyczny obraz i jest jednocześnie sprawne warsztatowo. Z tym stwierdzeniem (ze szczególnym uwzględnieniem okolicznika ,,fajnie") pewnie zgodzi się większość. Tylko jak coś takiego napisać?

Tak więc: po trzecie: nie bawmy się w futurystów (ktoś bystry zauważy, że przeszedłem do pierwszej osoby liczby mnogiej... i dobrze, o to chodziło, bo również piszę wiersze): nic z tego nie przychodzi. I nic sobie nie robię, że wyśmiać taką tezę jest niezmiernie łatwo. Mówię wyłącznie o faktach: to, co pisali, nie miało kontaktu z życiem, było efemerydą, eksperymentem przeprowadzonym dlatego, żeby nie było już tak nudno i schematycznie. A przecież nic z tego nie wykwitło, nie zaowo-cowało. Poezja zawieszona w próżni - hasło, które trafnie oddaje to, co o tym sądzę. Odnosi się ono zresztą także do części dorobku Awangardy Krakowskiej, w tym Przybosia. Wymyślając metafory, warto trzymać się ziemi. Bo bez niej wisi się w powietrzu, a więc spada na dół.

Jednak: po piąte (co może pozornie kłócić się z poprzednią tezą, ale w istocie chodzi o to, by umieć zgrabnie, z wyczuciem syntezować je ze sobą): nie przemieniać wiersza w nudną i krótką prozę. Proza poetycka jest bardzo intrygująca, lecz rzadko kto potrafi ją pisać. Zatem: wiedzieć coś-kowielk o teorii wiersza (ktoś powie, że cuchnie akademizmem... ucząc się grać na gitarze, nie zaczynasz od podstawowych akordów i sposobów ich budowania?), podpatrywać (niekoniecznie znaczy to zrzynać... a dobrych poetów mamy sporo), obserwować siebie (wcale nie takie proste), pozwolić, by działała wyobraźnia (trzymając się jedną ręką ziemi...).

Po szóste: dbać o autentyzm przekazu. Nic bardziej nie razi, niż nieuzasadnione niczym blokowiska metafor lub równie nieuzasadnione przestrzenie bez ani jednego znaczącego słowa (w najlepszym razie ,,mięso"). Co ma jedno do drugiego? Forma wynaturza się tam, gdzie obumiera treść. Patrz: Beckett.

Po siódme: uważnie czytać poetyckie manifesty. Zaufać intuicji i szukać w nich prawdy, a przynajmniej jej okruchów, tego, co może nasycić twoją poetycką duszę (brzmi patetyczno-banalnie, ale tak miało być). Po prostu: rozglądaj się za tym, co pomoże ci się wyrazić. Nic więcej.

Po ósme: przeczytaj ,,Fabula rasa" Stachury, a najlepiej, oprócz niej, także ,,Oto". Lektura, którą należy (nawet nie: warto) polecać prawie wszystkim (poza skrajnymi neurotykami), a w szczególności poetom. To drugie zastrzeżenie może, co prawda, wykluczać spore grono poetów, ale tak chyba będzie dla nich lepiej. Im i tak raczej nic nie pomoże. Chyba że ,,salwa w płuca albo sznur na szyję". Tak jak Wojaczkowi.

Po dziewiąte: czytać: Herberta, Czechowicza, Stachurę, Wojaczka, Poświatowską, Różewicza, Staffa, Miłosza, Leśmiana, ewentualnie Świetlickiego, Barana, Szymborską, Twardowskiego (to mój osobisty zestaw).

Po dziesiąte: żyć i życie przeżywać. Jeśli ta tautologia nie wystarcza, to lepiej nie żyć. I przepraszam na koniec za tak grubiański paradoks.

Bez życia nie ma poezji.

Życie bez poezji, przynajmniej dla paru osób na świecie, byłoby znacznie bardziej smut-ne.

Szkoda, że nawet aforyzm wychodzi kanciasty.

JAdziu

39
1 artykuł 7 tekstów 63 komentarze
18 lat. Licealista. Grzeczny, choć długowłosy.Dziwny.


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
Saturnin Maciek Duszyński
Saturnin Maciek Duszyński 21 lipca 2002, 14:57
Cały artykuł - jak mawiają za przeproszeniem politycy - jest jaki jest. Lecz bardzo cieszę się że jest, bo był potrzebny.

Wkurzyło, żeby nie powiedzieć wkurwiło mnie to:

"Po siódme: uważnie czytać poetyckie manifesty. Zaufać intuicji i szukać w nich prawdy, a przynajmniej jej okruchów, tego, co może nasycić twoją poetycką duszę (brzmi patetyczno-banalnie, ale tak miało być). Po prostu: rozglądaj się za tym, co pomoże ci się wyrazić. Nic więcej."

Dużo więcej. DUŻO DUŻO więcej. Co z tego że wiersze Roberta Tekielego (tyle osób powołuje się na bruLion, bruLion tu, bruLion tam, Świetlicki, Baran etc. więc pewnie wiecie kto zacz) się wyróżniają (bo się wyróżniają i to bardzo) skoro są zwyczajnie denne. Poza tym manifesty to przeszłość. Po co ci manifest? Będziesz sprawdzał czy wiersz jest zgodny z manifestem? Manifesty to największa kupa gówna jaką stworzyli artyści. Jeśli jest jakaś grupa to ona tworzy się chyba dlatego, że ludzie się w niej rozumieją, chcą się nawzajem wspierać, wymieniać się poglądami, przebywać ze sobą, gadać, pić, cokolwiek. A nie żeby napisać kilka pustych zdań z których nic nie wynika. Co z tego, że filmowcy z DOGMY napisali manifest? Czy to znaczy że filmy każdego z nich są dobre? Nie. Mają cechy wspólne? Niekoniecznie. Polański powiedział, i w tej kwestii się z nim zgadzam, że jeśli dorośli ludzie bawią się w manifesty świadczy to o ich infantylizmie.

Poza tym takie dziesięć przykazań jak te powyżej bardzo kojarzy mi się właśnie z manifestem. Lecz, jak już mówiłem, dobrze że zostało napisane. Być może wywoła jakąś dyskusję na Wywrocie albo przynajmniej refleksję przed wysłaniem kolejnego wiersza tutaj albo gdzieś indziej w cyberprzestrzeń.
JAdziu 21 lipca 2002, 23:52
Napisałem co mi leżało na sercu.Po prostu. Tekst ten miał skłonić do refleksji.Zabrzmiało oczywiście jak narzucanie czegoś innym. Chodziło jednak o to że gdyby ująć w słowa to jak rozumiem poezję i co do niej potrzeba etc. moim skromnym zdaniem to wyszłoby coś podobnego.Napisałem to trochę po to żeby doczekać się gwałtownej reakcji i dyskusji i o to chyba nie będzie trudno.I w sumie dobrze Saturn że Cię wkurwiło to znaczy że podziałało.A manifesty są wg mnie o tyle potrzebne że nawet gdy mówisz że nie trzymasz się reguł to i tak je sobie wymyślasz i ich się trzymasz.Patrz surrealizm.I one czasem to ludziom uświadamiają.Po prostu.Pozdrawiam.
dzarro 22 lipca 2002, 09:41
Nie bardzo zrozumiałem. Czy twórczość Becketta to śmierć treści i wynaturzenie formy? A artysta kampingowy, św.p. Edward Stachura, to geniusz? Twój elaborat przypomina mi tekst z reklamowego prospektu. Wiem jak upowszechnić poezję w Polsce. Trzeba zorganizować PROMOCJĘ. Np. każdy, kto kupi tomik wierszy E. Stachury lun jednego z jego 100 ty. epigonów, dostanie koszulkę gratis i węźmie udział w losowaniu 100 tys. kubków z podobizną idola Stachury.
JAdziu 22 lipca 2002, 22:21
No dobra. Becett to powolny rozkład: brak istotnej treści degenruje formę.Kto czytał mniej więcej wie o co chodzi. Stachura artystą kampingowym?Czytało się jego wiersze?Czytało się coś innego niż jego piosenki?Jeśli ktoś czytał i mówi coś takiego to chyba lekka przesada.I proszę,pokaż mi polskiego poetę który pisał aż tak przesycone filozofią teksty.NIe jestem bynjamniej zatwardziałym obrońcą jego wierszy ani epigonem ale całokształt jego twórczość jej istotne przesłanie jest naprawdę warte przemyślenia.
dzarro 23 lipca 2002, 09:29
Becketta zostawiam w spokoju. Facet nie potrzebuje adwokatów. Zwłaszcza w zaświatach. Nie lubisz, to nie lubisz. Twoja strata. Co do Stachury... Według mnie piosenki są relatywnie najlepszą częścią jego twórczości. Wiersze i poematy to zwykłe ramoty. Każdy z pozostałych wymienionych przez ciebie poetów(z Świetlickim i Baranem włącznie) jest co najmniej o dwie klasy lepszy. W tej chwili w Polsce tworzy co najmniej kilkunastu poetów przed 40-ką o niebo lepszych od Stachury. Niestety, wpływy naszego barda dostrzegam w wielu wierszach na wywrocie i są to wpływy dla tych teklstów zabójcze.
Saturnin Maciek Duszyński
Saturnin Maciek Duszyński 23 lipca 2002, 10:43
Nie pozostaje mi nic innego jak tylko zgodzić się z przedmówcą, który wypowiada ostre lecz jak najbardziej sprawiedliwe sądy. Edward Stachura to gość którego się owszem przeżywa, ale gdy się ma szesnaście lat. Mnie i tak zawsze bardziej fascynowało to, że Stachura łapał stopa koło Aleksandrowa Kujawskiego czy Ciechocinka (bo to trudne złapać stopa w Aleksie;), że znał dobrze Bieszczady, że jego piosenki śpiewa się czasem przy ognisku (właśnie szczególnie w Bieszczadach), że to, że tamto. Jego poezja zaś... podobnie jak poezja Bruna Milczewskiego pozostawia sporo do życzenia. Te wszystkie peany na temat robotnika którejśtam zmiany, te wszystkie pseudopoważne wymądrzanie się o człowieku-nikcie, to nie jest to, co przeżyje. To nie jest uniwersalne. Tak jak niektóre wiersze Świetlickiego wręcz nie mają szans przeżyć (np. większość z kluczem nazwiskowym, bo kto za dziesięć, piętnaście lat będzie wiedział cokolwiek o tym grafomanie Dunine-Wąsowiczu, który z lubością zasiedla jego wiersze) tak samo nie przeżyje poezja Stachury. Już piosenka o tym, że życie "toczy, toczy swój garb" etc. jest typowana przeze mnie jako mniej narażona na zapomnienie, szczególnie, gdy zaintersuje się nią jakaś rodzima gwiazda disco czy popu, bo ten tekst aż się o to prosi.

Doceniam to, jak Stachura żył, jak wielką legendą był ten facet, ale trzeba czegoś więcej niźli tylko pisania "się" na końcu zdania, aby wejść do panteonu gwiazd literackich. Poza tym zawsze miałem wielkie wątpliwości, czy Stachura w ogóle znał się na literaturze, rozumiał, co go otaczało. Raczej bał się, że ktoś może zdyskredytować jego osobę, być sławniejszym od niego, że może zakasować jego legendę, a tego boją się osoby, które oprócz legendy niewiele mają. Taki przykład: Stachura raz w życiu widział się z Markiem Hłaską. Hłasko otoczony przez kobiety, jak zwykle brylujący, rzucający pożyczoną kasą na prawo i lewo i Stachura z tym swoim plecakiem, introwertyk, stojący gdzieś z boku. Hłasko rzucił tylko kilka uwag, że mało kiedy rozumie jakąkolwiek poezję, podał rękę Stachurze, nawet starał się być w miarę uprzejmy, podczas gdy potem Stachura totalnie go na każdym kroku zjeżdżał, raz, gdy spytano go o twórczość Hłaski Stachura odpowiedział, że nie podoba mu się to, w jaki sposób tamten traktuje kobiety. No ale co ma piernik do wiatraka? Nie każdy przecież musi twórczość M.H. uwielbiać, ale warto, żeby taka alfa i omega jeśli chodzi o filozofię i literaturę mówiła na temat czyjejś twórczości z sensem, powiedziała, co się jej nie podoba, a nie czepiała się kogoś prywatnie. No cóż, Stachura taki był, niby skromny, ale uwielbiał, żeby wszystko toczyło się wokół niego. To samo Bruno. Lecz literacko... cóż. To byli poeci jednego pokolenia (w przeciwieństwie do zestawianych z nimi często z nieznanych mi powodów Wojaczka i Bursy). Teraz Bruno i Stachura będą słabnąć, bo ich literatura nie wytrzymała próby czasu. Oby to nie stało się z takimi autorami jak Podsiadło, Sendecki Świetlicki czy Baran. Bo że stanie się z Tekielim - tego jestem pewien. A Twój pomysł na literaturę kasiak, jest pomysłem Tekielego. To się będzie podobało przez miesiąc ale potem zniknie. Z drugiej strony, niech podoba się nawet przez miesiąc, bo jak widzę niektóre teksty na Wywrocie to nie podobają mi się nawet przez sekundę.
jon pes 23 lipca 2002, 20:01
nie rozumiem ani przez sekundę tych waszych sporów potwornych-każdy pisze tak jak lubi (ważne promować jest prawdę i szlachetność sumienia),że stachura niewiele wart to jasne-jego wiersze o wilkach czy innych zwierzątkach są po prostu toporne-podobnie jednak jest z malaryczną twórczością świetlickiego i podsiadło-jak ktoś to czyta to żaden z niego porządny poeta...prawda jest taka że teraźniejsza polska "wierszomania" ("czołowa")zdycha a brulion podaje literacką papkę-czy tak trudno dostrzec co jest najważniejsze w poezji? jeśli się szuka nowych rozrywek to najlepiej zrobić jolkę a nie gwałcić papier jak to robą dziś i robić zamierzają-co do artykułu to daje on oczywiste acz cenne wskazówki dla początkujących poetów z plastiku-to tyle -idę bo mi mleko podsiadło
JAdziu 24 lipca 2002, 13:36
No tak.Różnimy się w ocenie Stachury.,,Fabula rasa" i ,,Oto" nie są ramotami bo moim zdaniem mówią wiele prawdy o człowieku i są właśnie uniwersalne.Świetlicki wielkim poetą?B. dobrym ale nie wielkim.I tak się składa że robi się coraz mniej zrozumiały.A to w moim rozumieniu niekoniecznie pomaga poezji.Becketta lubię tylko chciałem wyjaśnić co miałem na myśli.
Tobiasz Melanowski 26 lipca 2002, 18:00
Wyszedł taki bełkot. Nie tylko ten artykuł, ale i ta wymiana komentarzy. Swoją drogą: ciekawe, że Stachura Wojaczek Herbert Czechowicz nawet Szymborska etc zaliczani są do twórców nowej poezji, jakby na to nie patrzeć nowa poezja - tu odsylam chociażby do wstępu Antologii Romka Honeta i Mariusza Czyżowskiego czy kilku różnych tekstów w prasie lit.
Przestańcie mówić o tym bruLionie. Przecież aktualnie już nie oddziałuje w żaden sposób, jest kilka pism, jak Ha!art o których teraz wypada mówić, bruLion skończył się gdzieś mniej więcej w 1996 roku, kiedy to się nawrócił.
A i jeszcze to zdanie: "I tak się składa że robi się coraz mniej zrozumiały.A to w moim rozumieniu niekoniecznie pomaga poezji" czyli że co? Tacy na ten przykład Sosnowski, Melecki, Sendecki czy Wiedemann nie są dobrymi poetami bo nie są do końca zrozumiali? Czyli idąc dalej poezja lingwistyczna, nastawiona tylko i wyłącznie na język nie jest poezją. Kolega chyba nie chce kwestionować ważności tych poetów, a i innych, wcześniejszych lingwistów jak np Białoszewski, cummings etc.
No pozdrawiam i kończe, bo strasznie niefajnie się pisze w tym kwadraciku.
Tobiasz Melanowski 26 lipca 2002, 18:05
ach, zapomniałem, jakby co to zapraszam to dyskusji mailowo
Saturnin Maciek Duszyński
Saturnin Maciek Duszyński 27 lipca 2002, 12:09
bruLion oddziałuje wciąż dużo bardziej niż załóżmy ha art i nawrócenie Tekielego nie ma tu nic do rzeczy (chodzi o to że we współczesnej rzeczywistości Gretkowska, Maleńczuk, Świetlicki czy Podsiadło mają więcej do powiedzenia i są to rzeczy ciekawsze niż to co mają do powiedzenia młodzi poeci. chodzi mi o bruLion jako grupę autorów którzy tam kiedyś publikowali i nazwę pokolenia a nie samą gazetę). powiem więcej, jeszcze długo nie będzie gazety publikującej tak ciekawych autorów jak, powiedzmy, nowy nurt czy właśnie bruLion. a co do tych najnowszych, najmłodszych poetów to próbują się na siłę promować z kiepskim towarem, tak to widzę. chociaż oczywiście są wyjątki potwierdzające tę smutną regułę i Tobiasza do nich akurat zaliczam. to jednak nie zmienia faktu, że i on czasem próbuje promować towar z drugiej ręki (zachwalając swoich kolegów), że próbuje to robić jeszcze kilku skądinąd niezłych młodych poetów. wywrota też jest próbą zachwalania kiepskiego towaru. lecz mam nadzieję, że towar (młoda poezja) stanie się lepszy. wtedy ludzie sami zaczną go sobie polecać i nie będzie trzeba robić wokół niego tyle sztucznego szumu.
JAdziu 28 lipca 2002, 11:34
To jest mój prywatny gust:według mnie nie tyle poezja lingwistyczna jest niezrozumiała ile pewni autorzy lubią mącić wodę często bez wyraźnego celu.Zdarza się to Świetlickiemu.Dla mnie ideałem jest poezja która może trafić do czytelnika(czyli nie jest skrajnie zaciemniona)a zarazem ma w sobie coś co nazywa się zazwyczaj poetyckością czyli:orginalność metafor i porównań,ich sugestywność.Tyle.
JAdziu 28 lipca 2002, 11:36
a propos Stachury:zgadzam się że nie wystarczy pisać się na końcu zdania żeby przejść do historii literatury.Ale jeśli w Stachurze nic więcej nie widzisz no to szkoda.Pozdrawiam
Saturnin Maciek Duszyński
Saturnin Maciek Duszyński 28 lipca 2002, 18:22
Stachura, już mówiłem, nie tylko "się" na końcu zdania, ale też, a nawet przede wszystkim łapanie stopa pod Aleksandrowem Kujawskim. To całkiem niezła sztuka, mi się np. nigdy nie udało. Może dlatego, że nie próbowałem, bo przez Aleks co chwilę przejeżdżają pociągi dalekobieżne i między Aleksandrowem a Toruniem w ogóle nie sprawdzają konduktorzy biletów, więc po co wystawać na stopa. Więcej o Aleksandrowie opowiedziałaby Marietta, ale nie wiem, czy ona jest w ogóle w Polsce teraz. Poważniej mówiąc przeżywałem tego typu literaturę w wieku lat 15, góra 16. Polski Kerouac to ze Stachury nie był. Mimo wszystko rozumiem, że Sted może się podobać.

Tobiasz: bruLion jest jak sierota, rodzaj niechcianego dziecka, które kiedyś miało bardzo wielu ojców, ale później się go jakoś wszyscy wyrzekli. Chcieli pokazać, jak to oni bardzo dorośli. Możemy mówić o tym pokoleniu np. pokolenie wierszy malarycznych, ale w świadomości społecznej jeśli istnieje jakaś na to nazwa to jest to właśnie pokolenie bruLionu. To samo w ośmieszonych podręcznikach literatury. To jednak one przetrwają, a nie człowiek, który inaczej nazwie pokolenie bruLionu, bo jakoś nie wierzę, że inna nazwa się przyjmie. A co do tworzenia pokoleń - jakbym miał tak zupełnie indywidualnie wszystko traktować, nie próbować tego jakoś sobie w głowie połączyć to bym za tym zwyczajnie nie nadążył, bo oprócz jakiegośtam sledzenia młodej poezji, interesuje mnie jeszcze wiele spraw. I tak ma chyba wielu ludzi.

To o tym Ha Arcie i wzajemnym się promowaniu to oprócz ziarna prawdy była próba lekkiego sprowokowania, jeśli się nie dałeś to masz plusa ;] Mam też pytanie, Tobiasz: co sądzisz o końcu Studium, bo takie słuchy do mnie doszły, że Studium padło (na tyle przestałem śledzić nową poezję że nie wiem w stu procentach czy to prawda, w Empiku wszak jeszcze leży).
Tobiasz Melanowski 28 lipca 2002, 19:45
Z bruLionem było troche inaczej. To nie wszyscy się go wyrzekli, tylko Tekieli zaczął różnego typu szopki odstawiać, do tego zakręcił się tam Wencel etc etc. Nic dziwnego, że nikt tego pisma i tych ludzi już nie lubi.
dzarro 29 lipca 2002, 11:19
Dzięki tobiaszowi w naszej mamuciej dyskusji pojawiły się nowsze nazwiska. Nie zmienia to faktu, że żadne z nowych pism literackich nie może nawet marzyć o znaczeniu, jakie miały kiedyś "brulion" lub "nn". Zgadzam się z Saturnem, poeci urodzeni w latach 60-tych są o wiele mocniejsi niż rówieśnicy Honeta. Świetlicki, Podsiadło, Sosnowski, Tkaczyszyn-Dycki i (mój ulubiony) Bonowicz są na razie poza ich zasięgiem. Jedynym wyjątkiem jest Tomasz Różycki - jednak i on już chyba przekroczył trzydziechę. Świetlicki i Podsiadło są ważni o tyle, że liczba ich czytelników przekracza zapewne magiczną liczbę 1000. Cała reszta uległa syndromowi Fortu Legnica i sosnowszczyźnie(np. kurioza w rodzaju "późnego" Siwczyka). Ci poeci piszą dla dziesięciu innych poetów, potem wzajemnie się recenzują, udzielają sobie rekomendacji, wywiadów itp. To już nie elitarność - ale jej parodia. Nic dziwnego, że nastolatki powołują się na Wojaczka, Poświatowską... Nazwiska Różewicza albo Becketta to już - w wypadku porównań z dzisiejszymi wierszopisami - prawdziwie młodzieńcze okrucieństwo. Poezja 40 i 30-latków zaczyna niestety przypominać "niemiecki boks". Sosnowski jest klonem Ashbergo(sorry, jeśli pomyliłem pisownię), tak jak Sven Ottke jest tylko namiastką Trynidada albo Hopkinsa. Pozostaje irracjonalna nadzieja na znalezienie "trzeciej drogi". Taki mecz prawdy np. Michalczewski vs Roy-Jones...

P.S. Główną zaletą "Studium" jest dla mnie to, iż pismo nie próbuje mi wmówić, że ma jakąś misję do wykonania; po prostu - drukuje literaturę. Co do Wiedemanna, to nie zauważyłem w tej sferze wielkich zmian; "Studium" - tak jak przed kilku laty - nadal pozostaje tytułem dość nierównym. Dobrze, że znowu pisze tam Kuba Winiarski. To jedyny znany mi recenzent, który umie popsuć cieplarniany klimacik i pisze ostro – zawsze to, co myśli.
Tobiasz Melanowski 29 lipca 2002, 18:53
Och, no i co z tego, że Świetlicki i Jac Po sprzedają te 1000 egz, kiedy z tomu na tom są coraz słabsi?
Z pism są jeszcze Kresy czy Dziennik Portowy, ale oczywiście tak ważnego pisma jak nn czy bruLion nie bedzie juz nigdy.
Co do Portu Legnica - nie będę się wypowiadał, bo o swojej stajni nie wypada mówić.
Ale nie zapominajmy - jakby nie mówić o polskiej poezji to jest ona jedną z lepszych na świecie.
Tobiasz Melanowski 29 lipca 2002, 18:58
A za czasow Adasia w Studium nie pojawialy sie tak slabe rzeczy jakie teraz sie pojawiaja.
dzarro 30 lipca 2002, 09:50
Przecież 1000 szt. to liczba dużo poniżej błędu statystycznego(myślę, iż wspomniani poeci sprzedają jednak więcej egzemplarzy). Trzeba zachować proporcje. Kto niby ma oceniać, czy wiersze są dobre, czy złe? Kilkunastu innych poetów? Skoro nie przeszkadza im, że nie są czytani, to po co publikują? Mogą przecież przesyłać sobie wiersze przez pocztę, internet itd. Siłą metody poetyckiej Świetlickiego i Podsiadły jest właśnie to, że nie ściemniają. Kiedy są w słabszej formie - natychmiast to widać. To działa przeciwko nim - jako autorom, ale jest w porządku w relacji do czytelnika. Nie złapiesz za rękę facetów takich jak Sosnowski, Pióro, Zadura czy Sommer. Ich wiersze są cwaniutkie, kostyczne,pisane pod gusta krytyki. Nikogo więcej nie obchodzi, czy są dobre czy złe. Częściowo można ich zrozumieć, w końcu przechodzą już poetyckie klimakterium. Ale jeśli naśladują ich chłopaki przed trzydziechą, to to jest już kompletna tragikomedia. Talentów u nas nie brakuje tyle, że zbyt łatwo popadają w samozachwyt. Np. Po pierwszej książce Honeta niektórzy pisali, że to wielka rewolucja w języku poetyckim. A to przecież kalki z surrealizmu i ekspresjonizmu. W Polsce wystarczy napisać 40 niezłych wierszy i dziesięciu twoich kolegów uznaje cię za geniusza. Co do stajni... Obawiam się, czy nie okaże się wkrótce, iż wybudowano ją na pustyni - a wtedy wszystkie te wałachy i doborowe wierzchowce zwyczajnie zdechną z głodu.
Tobiasz Melanowski 30 lipca 2002, 16:04
Ojej, ale po co od razu indywidualność? Za kilkanaście lat i tak o większości nie będzie słychać, wtedy pozostaną właśnie te indywidualności, które aktualnie gdzieś z boku są. Poza tym jest przecież kilka osób, które się wyróżniają. Jak Marta Podgórnik, Klara Nowakowska, Piotr Czerniawski, Ryszard Chłopek i kilku jeszcze. Można tych osób nie lubić, ale należy oddzielić to czy coś się nam podoba, od tego czy coś jest dobre. Wymienione osoby jako jedne z nielicznych w młodym wieku wypracowały swój, rozpoznawalny styl. Wyróżniają się.

Ale tez po co mieć jakiś wpływ na otoczenie? Zauważ Saturnie, że na początku wpływ (jakim prawem debiutanci mogą mieć jakikolwiek wpływ!) takiego Świetlickiego, Sosnowskiego, Śliwki czy Tkaczyszyna-Dyckiego też był niewielki, a dziś przecież nie wyobrażamy sobie polskiej poezji bez tych osób.

Gdyby Świetlicki nie zaczął w pewnym momencie działać ze Świetlikami, dziś nie byłoby o nim tak głośno, nie miałby wyboru "Wiersze wyprane". Świetlicki był dobrym poetą, ale nie na tyle by stać się "gwiazdą". Dzięki Świetlikom jest.
Czy jest słabszy? Tak, niewątpliwie. W tej chwili zjada własny ogon, co można u wielu poetów w jego wieku zauważyć - u Podsiadły, Sosnowskiego, Marcinkiewicza, Meleckiego etc etc.

Dobra, kończe, ide sobie kupić komórke. Bo jeśli kiedyś się już miało, to tak strasznie głupio bez niej. hehe.
Usunięto 1 komentarz
przysłano: 23 lipca 2002


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca