„Poetycko mieszka człowiek”, czyli Sendeckiego murarka językowa

Poeta wprowadza indywidualny sposób recepcji rzeczywistości, tak jakby składała się ona z pojedynczych, nieprzystających do siebie spostrzeżeń, zamykanych w podmiotowo przystosowywany do nich język.


Najnowsza propozycja poetycka Marcina Sendeckiego jest głośno wypowiedzianą obroną idiosynkrazji. Wskazuje na ekscentryczne, osobliwe upodobania autora do eksperymentów w obszarze języka, brutalnie rozdzierających powszechnie przyjęte kalki i zmieniające konwencjonalne, arbitralne znaczenia. Otwiera się tym samym szeroka przestrzeń możliwych interpretacji. W pierwszej chwili zetknięcia z tekstem, rodzi się czytelnicza irytacja, chęć porzucenia go, niezgoda na brutalne odepchnięcie przez mowę rezygnującej z prostej referencji, zarazem wszczepiając w odbiorcę jątrząca dogłębnie ciekawość, pochodzącą z samego aktu dziania się tekstu.


Zdawać by się mogło, że model poezji awangardowej, do jakiej może aspirować Farsz, przywraca językowi charakter egalitarny, wręcz snobistyczny – arystokracja mówienia jest poniekąd pogardą dla łatwego rozumienia. Zgadzam się, że Sendeckiego można czytać w ten sposób, odsuwając go na margines i traktując jako potrzebną, lecz nieco śmieszną osobliwość twórczą na mapie współczesnej polskiej poezji. Akceptuję stanowiska zakładające, że takie pisanie jest potrzebne, niczym egzotyczne zwierzęta w zoologicznych klatkach, które istnieją dla samej obecności i nic ponad to. Nie zgadzam się natomiast na płochliwe odstąpienie od wiersza, pokrywając czytelnicze tchórzostwo przytakującym pobłażaniem i konformistyczną zgodną tylko i wyłącznie na obecność takiej formy poetyckiego wyrażania.


Czym w zasadzie jest Farsz Marcina Sendeckiego? Czego staje się zapisem? Jest na pewno wypełnieniem podmiotu, starającego się we własnej mowie ująć niepowtarzalne, subiektywne doświadczenie, nie dające się wyrazić wprost. Sendecki wprowadza indywidualny sposób recepcji rzeczywistości, tak jakby składała się ona z pojedynczych, nieprzystających do siebie spostrzeżeń, zamykanych w podmiotowo przystosowywany do nich język. 

 

Jaki właściwie jest ten język, bo tutaj w pierwszej kolejności należy się niż zajmować, gdyż to on odsyła do całości komunikowanych sensów. Niewątpliwie staje się wyzwaniem i Sendecki podejmuje się tego wyzwania, wyzyskując, na ile to możliwe, brzmienie słów, grając z czytelnikiem, w subtelną grę wymiany znaczeń, a poza tym w głębiej ukrytą, zakamuflowaną grę intertekstualną. Sam autor oznajmia, że dużo czytał Słowackiego, Karpowicza, Iwaszkiewicza i to się czuje. Dlatego taka poezja ze swej istoty jest już zaproszeniem do czytania, myślenia, rozumienia, angażując obie strony w sieć mocnych, wspólnotowych relacji odbywających się między poetycką mową, a czytelnikiem podejmującym wyzwanie. Nie mamy u Sendeckiego jasno postawionej problematyki tekstu, za to mamy zachętę do zajęcia się problematyką siebie, własnego bycia, jako relacji z innym, trwania we wspólnocie. Autor Farszu zaprasza, a może wręcz gości czytelnika, starając się pokazać, czym sam został wypełniony, przez próbę obnażenia, zachęca do tego samego. Jednocześnie uświadamia trudność, jaką niesie opisanie subiektywnych doświadczeń. Ekshibicjonizm Sendeckiego nie jest prosty i tym bardziej nie jest w żadnym elemencie natrętny, narzucający się, perwersyjny, a wręcz przeciwnie, urzeka subtelnością, z jaką poeta obchodzi się ze słowem. Niejasność poetyzowania jest zaproszeniem do rozmowy i głębokiej refleksji na temat miejsc wspólnych z autorem oraz miejsc własnych, a przede wszystkim mowy, powszechnie narzucającej niedoskonały, bo arbitralny, konstruowany model oglądu i recepcji rzeczywistości, w ramach którego niemożliwy staje się podmiotowy, subiektywny sposób ekspresji ja. Farsz zrywa z prostym komunikatem, nic nieznaczącym konsensusem, wzywa przez to do ustalania wspólnej płaszczyzny porozumienia, w odwlekanym nieustannie, skrywającym się sensie.

 

Właśnie owa podmiotowa ekspresja u Sendeckiego staje się wartością samą w sobie, będąc mową niepokorna wobec świata, a szczerą wobec siebie. Własny idiom próbuje docierać do niewyrażalnego, eksperymentując z przywoływaniem coraz to nowych, niespodziewanie następujących po sobie obrazów, przewijających się jakby naprędce zapisywane impresje w notatniku. Niedokończone, efemeryczne, ulotne, a dzięki temu tak szerokie semantycznie, niedopowiedziane, domagające się wypełnienia. A jednocześnie mowa poety jest ustanowieniem siebie na nowo, wobec świata i zakorzenieniem się w języku, w możliwości jego modulacji, a może nawet więcej. Jest swoistym rodzajem eksperymentowania wobec narzuconego kontekstu.

 

Natrętnie narzuca się fraza wyjęta z Fryderyka Hölderlina: „poetycko mieszka człowiek”. U Sendeckiego pragnienie zamieszkania w poezji jest ewidentnym ruchem, z jednej strony samopoznania i rozprawy ze wszechobecnym, często niejasnym doświadczeniem, z drugiej, staje się próbą oswajania, kosztem wyjścia poza powszechnie przyjęty model mówienia. Poeta natarczywie tkwi w swoich poszukiwaniach, coraz bardziej radykalny i dociekliwy, tak jakby pragnienie odnalezienia momentu prześwitu determinowało poetyzowanie. Zwracam się w stronę nomenklatury Heideggera, lecz nie chcąc zbyt natarczywie przykładać jego postulatów do odczytywania Sendeckiego, zauważam, że projekt Farszu jest kolejnym krokiem poety, będącym próbą nazywania najbardziej subtelnego doświadczenia sobości. Bycie dla Sendeckiego ma wymiar językowy i staje się próbą ustanowienia nowego modelu percepcji, a jednocześnie nazywania świata, przez co zmierza w kierunku definiowana ja, będącego etycznym ruchem skierowanym stronę siebie, a przede wszystkim zaproszeniem wystosowanym do Innego.

 

Ja może być tylko rozumiane przez pryzmat Innego, bo jasnym jest dla poety, że bycie jest tylko i wyłącznie współbyciem z Innym. Współbyciem często upośledzonym, niedoskonałym, wyobrażonym i chyba u Sendeckiego niespełnionym. Stąd rodzi się pragnienie docierania do jasności, będące próbą przezwyciężania braku, rodzącego lęk, a co za tym idzie, wzywającego do mówienia. Słowo jednak pozostaje niepełne, ułomne, skażone już w jądrze swej istoty, bo nie potrafi nazywać istotowo, dogłębnie, ejdetycznie. Zostaje zanegowane i relacje też są nieklarowne, dlatego tym bardziej się ich domagamy, poszukujemy, uczymy się tolerować. Język jest zbyt powierzchowny, aby mógł wyrażać głębokie pokłady emocji. Jeśli nie nazywa, to jedynie wzywa do takiej jego transpozycji, aby mógł próbować chwytać i nic ponad to. Stąd należy wspomnieć o rodzącym się dualizmie poezji Sendeckiego, bo z jednej strony mamy do czynienia z afirmacją słowa, mowy, języka, z drugiej strony dostrzegamy negację, niemożność wyrażenia wprost, zmaganie się z brakiem podstawy, bazy, gruntu. Maszyna zostaje wprawiona w ruch i ciągłe opowiadanie, podejmowanie raz jeszcze i na nowo dialogu z sobą, z tradycją i kulturą, a jednocześnie próba odsłonięcia najbardziej subiektywnej przestrzeni podmiotu jest tym, co z jednej strony uwodzi, z drugiej niesamowicie irytuje.

 

W tej niekoherencji, a nawet, chciałoby się powiedzieć, nieredukowalnej aporii pragnienia i niemożności, zawiera się istota Farszu, który może być przyrządzany na wiele różnych, często całkowicie nieprzystających do siebie sposobów. Pokazuje też, że nie można być pusty, bo nie ma wyjścia poza język konstytuujący człowieka. Bycie jest wrzucone w świat i tutaj ma miejsce ruch, w stronę hermeneutyki ja – oto etos moralny Sendeckiego. Podjęcie wyzwania rozumienia siebie i tego, co wokół nas, rozważane jest po raz kolejny, ciągle na nowo i znów inaczej. Poeta boi się spetryfikowania, skostnienia, zaschnięcia w biernym modelu poetyzowania. Tak samo jak o siebie, troszczy się o język, ciągle odnawiany, rozmontowywany i składany na nowo, ponownie, odważniej. Dwa bieguny nie dają się sprowadzić do wspólnego punktu. Rozkosz i niechęć, zafascynowanie i pogarda, przyjemność i nuda. Wszystko to odnajdujemy w Farszu, będącym esencją literatury, w której mamy to, czego zachłanny czytelnik życzyć sobie powinien. Jest zmaganie się z tekstem, święte oburzenie czytelnika, ruch interpretacji, niejasności i wyzwanie, a przede wszystkim niedoskonałość człowieka, jako nosiciela daru, a zarazem przekleństwa, jakim jest ułomny, niedoskonały język. A może tylko, albo aż, próba zmagania się z własnym byciem i jego językową eksplikacją? Ja domaga się mówienia, często kosztem milczenia, choć ono niejednokrotnie byłoby lepsze. Nie ma jednak siły, aby przeciwstawić się nadrzędnej potędze słowa stającego się wyzwaniem, podobnie jak wyzwaniem jest sposób jego obróbki, scalania i stawiania słabego domu pewności siebie.
 

 

 

 

 

Paweł Handzlik

 

 

Marcin Sendecki, Farsz

Biuro Literackie, 2011

Liczba stron: 50

Oko Jamnika

120 Turcja
6 artykułów


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
przysłano: 24 maja 2011 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło