„Podobno jest różnie” - Marcina Orlińskiego „Drzazgi i śmiech”

Czas, sen, powrót, zmiana, dziecko, usta... To zaledwie kilka pojęć, o których napisałem w niniejszym artykule. To jest część pierwsza.

 

Świat tworzony przez Marcina Orlińskiego, to świat tkwiący w tekście, zamknięty  w szarpaninie, jaka powstaje w oparciu o konsekwentnie wprowadzane zabiegi poetyckie. Równocześnie to świat zbudowany z kawałków rzeczywistości, przypominający sen, bo tkwią w nim obok siebie różne elementy pozornie ze sobą niekojarzone; mamy więc do czynienia ze swoistą metaforyką, metaforyką marzeń i koszmarów, wspomnień i teraźniejszości, zmian i stałości. Chociaż stałości w tym wszystkim niewiele. Poza faktem, że na swój sposób owemu światu nadają jej pozory same wiersze.


To, co zauważalne od samego początku kontaktu z wierszami z Drzazg i śmiechu, to notorycznie powracające przerzutnie, te spokojniejsze między wersami tej samej strofoidy i te międzystrofowe (chociaż to nazwa nieadekwatna w pełni do wierszy wolnych). W otwierającym tomik Tuszu przerzutnie może nie są zbyt ostre, jednak łatwo zauważyć, że tylko połowa wersów pozostaje w zgodzie z tokiem składniowym wypowiedzi, to znaczy znajdziemy w ich zakończeniach znaki interpunkcyjne.


Już na następnej stronie, w Pożegnaniu, uderzy nas specyficzne łączenie kolejnych całostek wiersza, tak charakterystyczne dla całego tomiku Orlińskiego. Koniec strofoidy stanowi dopiero początek zdania, a jednocześnie ostre zakończenie dotychczasowej wypowiedzi.

 

Moi mali przyjaciele nieruchomieją teraz
nad laptopami, a swoich niebieskich twarzy
udzielają rosyjskim odrzutowcom, bo czymże by było

pompowanie świńskich pęcherzy, gdyby nie noc,
serwery nocy. Cisza

 

to nazwa sklepu w zaułku, w którym skupieni 

kolekcjonerzy mogą złowić rzadkie owady albo okruchy
meteorytu.

 

Owa „cisza” znaczy coś innego dla pierwszej strofoidy i zupełnie co innego dla zdania, które rozpoczyna. Orliński odrobił lekcję u lingwistycznych poetów i z modną dziś kreatywnością wykorzystuje zdobyte w tej szkole umiejętności.


Zacytowany (dość długi) fragment zwraca jeszcze uwagę na dwie sprawy istotne dla całości Drzazg i śmiechu. W ośmiu wersach brak przerzutni, występuje wyłącznie w jednym. W całym utworze, na dwadzieścia jeden linijek, takich wersów są tylko cztery.


Owa „cisza”, jej drugie znaczenie, otwiera nową przestrzeń, pozwala wierszowi przejść w inne rejony, ale równocześnie nie likwiduje poprzedniego, tkwi on jeszcze w poszczególnych zwrotach, metaforach.

 

Tak zbudowany jest cały świat Drzazg i śmiechu. Na zasadzie skojarzeń zaczynają tkwić obok siebie odmienne rejestry, pojawiają się przez zupełnie przypadkowe słowo, czasami nawet tylko pozornie dla nich ważne. 

 

To swoista poetyka marzeń i koszmarów, wspomnień i przebłysków teraźniejszości. Wszystko to przepycha się, rywalizuje, nawarstwia. Raz wypchnięte detale nagle wracają.

 

Nie mamy więc do czynienia z opisem świata zewnętrznego, ale raczej z przeróżnymi grami świadomości, podczas których przypadkowo wyrastają obok siebie przedmioty i zdarzenia, które...

 

Niedbale przeprowadzamy się
do naszych nowych domostw,
więc po drodze wysypują się z pudeł

 

drzazgi i śmiech.

 

Nie bez powodu właśnie z tego fragmentu autor zaczerpnął tytuł całości. Tak właśnie wyglądają kolejne wierszowe odsłony. Owa metaforyczna przeprowadzka uświadamia nam, że swoisty remanent głowy pozwala odnaleźć najróżniejsze skarby, tak materialne (drzazgi), jak i odnoszące się do emocji (śmiech). Przyjemne (śmiech) i raczej przykre (drzazgi).

 

Zasady rządzące pojawianiem się kolejnych elementów zdają się nie istnieć, a może są trudne do rozszyfrowania. Na pewno nie cechuje ich stara/dobra (?) linearność. Nie od dziś przecież wiemy, że tak nie działa świadomość. Wróćmy na chwilę do wspomnianego już wiersza Pożegnanie. Pojawia się on jako drugi w całych Drzazgach i śmiechu, zaś wypadałoby żegnać się raczej na końcu. Podobne zaburzenie występuje w całym zbiorze, jeśli przyjrzymy się miesiącom. Występują w  c h a o t y c z n y m  p o r z ą d k u.

 

Czas jest jedną z kategorii, które powracają prawie w każdym tekście tomiku.

 

 

 

*

 

 

Trzymam się kalendarza, bo język cyfr jest językiem
materii.

 

Ten fragment wiersza Most wyznacza zaledwie tylko pobożne życzenie podmiotu lirycznego. Kalendarz wydaje się rozlatywać, chociaż określenia z niego zapożyczone wracają w wielu tekstach Drzazg i śmiechu. Nie ma jednak w nich kolejności, do której przywykliśmy i którą przecież właśnie kalendarz wydaje się dyktować. Następujące po sobie dni, tygodnie, miesiące. Tymczasem w wierszu Kontakt osoba mówiąca zastanawia się, czy ten poranek należy do wtorku czy środy. Zresztą podmiot liryczny zdaje się cechować obojętność, jeżeli chodzi o owe nazwy, wyrażona zwrotem „niech będzie”. Na przestrzeni całego tomiku pogubione są również kolejne miesiące. Ostatni, wspomniany w Ambient, występuje marzec. Jednak po drodze – w innych wierszach – natykamy się już na listopad, lipiec i inne.

 

Cały tomik zarzucony jest próbami wskazania konkretnego czasu, w jakim coś się stało, dzieje itd. Mamy więc zaczerpnięte właśnie z kalendarza nazwy, pojawią się „Ostatnie dni Roku Komety" (Biel smutniejsza niż błękit) albo mniej precyzyjne „dwa dni później” (Niedbale niesiemy trumny naszych umarłych). Wydaje się, że to desperacka próba uchwycenia się czegoś pewnego, uchwycenia się materii właśnie. Nadania swoistego porządku wszystkiemu.

 

Siatka wspomnień, skojarzeń, poplątana siatka świadomości nie może jednak podlegać jednej linii.

 

 

*

 

 

Czas w Drzazgach i śmiechu to nie tylko wskazania. Na swój sposób staje się on obsesją podmiotu lirycznego wszystkich wypowiedzi. Samo właśnie pojęcie wymienione z nazwy wraca jak bumerang. Nie można pominąć parokrotnej obecności filozofii Heraklita. Myślicielowi temu przypisuje się słynne słowa: panta rhei kai ouden menei. Właśnie do tej frazy, mówiącej o wiecznej zmienności, o ciągłym stawaniu i przemijaniu, odwołuje się Orliński.


Budowana tu rzeczywistość nie może być tak prosta, jak chciałaby tego metafora Heraklita. Nurt rzeki wydaje się zachowywać mimo wszystko kierunek. Ma wyznaczone koryto, porządek, więc i zmiany w niej powstające następują z – może niełatwymi do określenia, ale jednak – konsekwencjami.

 

Słyszalny jest co prawda szum.

 

Jednak to nie rzeka. To szum wód płodowych (wiersz Bierki) „albo początek kaca, który przydarzył się Bogu/na dzień po stworzeniu”. To nie rzeka, raczej mieszanina płynów różnorodnych, coś, co przypomina zestaw kolorowych alkoholi.

 

(...)Wszystko, wszystko

 

zmieszane, wstrząśnięte i rozrzucone
po kartach kalendarza jak bierki. Szum
narasta, a ty słyszysz i nie wiesz,
jaka powinna być formuła
przemiany(...)

 

Pozostajemy z niewiedzą. Trudno nam jednoznacznie – co próbował zrobić Heraklit – nazwać zachodzące w świecie zmiany. Zresztą ów grecki filozof skupił się bardziej na materii, pominął to, co w świadomości człowieka. W snach, we wspomnieniach, w wyobrażeniach. Całość wydaje się wymykać formułom. W końcu

 

Tę noc spędzimy w piwnicy,
do której już raz weszliśmy.

 

Tak kończą się Bierki.

 

Wróćmy jednak na chwilę do pojawiającego się tutaj pojęcia kalendarza. Wiemy, że on ma porządkować materię. Materia zaś to bierki, zupełnie przypadkowo porozrzucana w czasie linearnym, określonym następstwem wieków, lat, miesięcy, dni.


Nie możemy jednak żyć samą materią (oprócz porządku szukamy również sensu).
Czas zaś nie musi biec wzdłuż wykresu ze strzałką w jedną stronę, „może się rozgałęziać, jak trakcja” (Argon) i „można [czas] dzielić na chwilę” (Brzeg), pozbawiając go ciągłości.

 

 

*

 

 

Co z ową nieumiejętnością stworzenia formuły przemiany? Wydaje się, że podmiot liryczny próbuje ją zbudować, przypomnieć sobie, nadać jej odpowiedni kształt. W cytowanym już Moście czytamy:

 

Podobno zmiana

 

to jedyna kategoria, za pomocą której można zatrzymać
czas.

 

Czytelnik całego tomiku ma świadomość, że już to słyszał, czytał. Takie kulturowe déjà vu. Tak Orliński bawi się nami niejednokrotnie. Powtarza, każe wracać, ale nader wszystko burzy ciągłość. Wprowadza do konstrukcji swojej twórczości to, o czym pisze. Oczywiście cytowana fraza nie pojawia się dokładnie w tej samej formie. W wierszu Podobno przyjmuje następującą – bardziej uporządkowaną – formę:

 

Podobno zmiana to jedyna kategoria
za pomocą której można zatrzymać czas.

 

Przyzwyczajeni już w innych wierszach Drzazg i śmiechu, że podział na wersy wprowadza zmiany znaczeń, zaczynamy szukać ich i tu. Czyż jednak one same nie są poszukiwaniem? Próbą odkrycia formuły? Nadania jej jednolitego kształtu?


Warto zauważyć wagę otwierającego zdanie słowa. Utwierdza nas ono w braku pewności. Podmiot liryczny tak naprawdę jest bezradny. „Formuła przemiany” jest poza jego możliwościami.

 

 

*

 

 

Zmiany zachodzą.

 

Wszystko ma swój moment w czasie, ale – przewrotnie mówiąc metaforami Heraklita, a jednocześnie cytując początek wiersza Tusz – „Rzeka płynie korytem ku źródłu”. Oprócz czasu historycznego mamy czas mityczny, alinearny, powroty pór roku i czynności z nimi związanych. „Jest czas siania i jest czas uciekania” (Białe sowy). Brzmi sentencjonalnie, ale wprowadza nas w świat odwiecznych praw natury, czasu mierzonego wschodami i zachodami słońca oraz obowiązkami związanymi z pracami w polu.

 

Element ważny, chociaż tutaj pojawia się na zasadzie swobodnego przywołania, swoiście ironicznej uwagi i odnosi się do poszukiwania pracy. Ale przecież właśnie owa czynność też nie przebiega nigdy swobodnie od punktu A do B. Ów czas można pomierzyć sekundami, tyle że nie da się określić, ile ich złoży się na niego.

 

Czas szukania pracy, kwalifikacje. Czas
oczekiwania i krótkich, dusznych nocy.
Poranki, kiedy większą trudność sprawia
wypowiedzenie czterech krótkich zdań o sobie
niż opisanie ciszy wewnątrz ciała.

 

Oczywiście na marginesie rozważań o czasie, warto zauważyć, że Białe sowy opisują świetnie problemy wielu osób z poszukiwaniem pracy i ukazują, jakim problemem stał się dziś ten etap. Jak różni nas od tych, którzy z pokolenia na pokolenie wiedzieli, że będą pracować na gospodarce swoich ojców, że owa ziemia wyznaczała im sposób życia, nadawała mu naturalny rytm.

 

Czas w rozumieniu: „moment odpowiedni do czegoś”, pojawia się w Drzazgach i śmiechurównież w innym tekście, w Próbie, gdzie „Czas/zbierania grzybów jest czasem/wznoszenia rąk”. W końcu jest sierpień, jak zaznacza wcześniej podmiot liryczny. Niby znowu trochę prześmiewczo, ale jednak ma się wrażenie, że przy każdym wyśmianiu kryją się drzazgi.

 

 

*

 

 

Czyż pierwszym postmodernistą
nie był Kratylos, według którego nawet raz nie można
wejść do tej samej rzeki?

 

Ten fragment Wieczornych wiadomości każe spojrzeć na problem zmiany jeszcze szerzej. Pojawiający się tu Kratylos, znany głównie z zatytułowanego jego imieniem dialogu Platona, którego był wczesnym nauczycielem, nie tyle podjął krytykę Heraklitowej frazy, co ją wzmocnił. Wskazał na szaleńcze tempo zmian. Nic nie jest uchwytne, jednostką czasu jest chwila, która trwa mniej niż sekunda. Dwa razy wypowiedziana fraza jest inną frazą, słowo innym słowem, choćby tak bliźniaczo do siebie podobne.

 

Właśnie ta relacja je różni. Są jak bliźniaki. Do złudzenia identyczne, a jednak nie te same. Tak dzieje się w Drzazgach i śmiechu, kiedy słowa wracają, ale w innym miejscu, są powtórzone, tyle że niedokładnie, bo kontekst nakazuje je rozumieć inaczej, jakby podmiot liryczny poddawał w wątpliwość nie sam język, a rodzące się w nim możliwości i jednocześnie przystawalność języka do rzeczywistości. W końcu choć sytuacje różne, to sięgamy po te same zwroty.

 

Przyjrzyjmy się na przykład powtórzeniu z wiersza Oczy Marii. Zaraz po tytule (a nawet uzupełniając go) czytamy:

 

Lecz przede wszystkim jej ciało: te potajemne
przeszczepy.

 

Niżej w tym samym tekście (po wymienianiu różnych elementów):

 

Odwrócone sztolnie,
po których wędrują nieogoleni
mężczyźni. Lecz przede wszystkim

 

rozpędzone noce,
noce przetaczane przez żyły.

 

Pozornie trzy te same słowa w tym samym porządku. Oba w jednej linijce, nawet z dużą literą w spójniku. Spójniku przeciwstawnym. Cały jednak obszar otwieramy zwrotem „lecz przede wszystkim”, za każdym razem inne rejony. Mniej lub bardziej intymne.

 

Podobnie dzieje się przy anaforycznej konstrukcji „podobno”. Ile rzeczy jest niepewnych, ile da się podważyć, ile w samym języku tkwi paradoksów. Każdy następny wers buduje w czytelniku świadomość zamierzonej konstrukcji, wprowadza rytm, który w poezji jest niezwykle ważnym elementem, który można budować na różny sposób.


Dwie linijki. Wers drugi poddaje w wątpliwość pierwszy lub go rozwija, dopowiada. Załamanie przychodzi w ostatnim wersie, który urywa to, co w czytelniku się nawarstwiło. To proste: Podobno jest różnie, stanowi puentę. W końcu wszystko jest podobno. Zauważana różnorodność wszelkich zjawisk, różnorodność czasu nawet, nie jest niczym pewnym. Nawet forma wiersza nie jest pewna. Cały tomik w końcu stanowi pewnego rodzaju poszukiwanie, rozważanie.


(Ciekawie rozwija się, wraca, uzupełnia ów wątek w wierszu Biel smutniejsza niż błękit, gdzie czytamy:

 

Podobno biała barwa
powstaje z połączenia wszystkich kolorów

tęczy

 

Może przyjdzie jeszcze to podjąć.)

 

 

*

 

Mówiąc o powtórzeniach, wróćmy do wiersza Bierki, powtórzmy cytat (tym razem go rozszerzymy):

 

Szum – wezbrane wody płodowe
albo początek kaca, który przydarzył się Bogu
na dzień po stworzeniu. Zieleń absyntu, czerwień
szatańskich drinków, maraton smaków
i toasty na własną cześć (dowody: ciężar materii,
kulisty kształt grzechu). Wszystko, wszystko

 

zmieszane, wstrząśnięte i rozrzucone
po kartach kalendarza jak bierki.

 

Łatwo zauważyć, że owe dwa razy wymówione „wszystko” nabiera innych znaczeń. Pierwsze łączy się z całością strofoidy, w której skład wchodzi, drugie jednak przechyla się bardziej do następującej po nich. Otwartość owej całości podkreśla ten rozziew. Powtórzenie nie umacnia, raczej niszczy jedność. Zresztą, samo powtarzanie powoduje, że nie mamy do czynienia z tym samym słowem, tylko słowem powtórzonym, co już wpływa na jego znaczenie.


Co więcej, samo słowo „powtórzenie” przestaje być odpowiednie, odchodzi od swojego pierwotnego znaczenia, przecież już nie można powiedzieć jeszcze raz tego samego.


Zabiegów podobnych w Drzazgach i śmiechu odnajdziemy więcej. Nie sposób ich tutaj teraz wszystkich przytoczyć. Pozwolę sobie omówić jeszcze jedno. Otóż w Pożegnaniu podmiot liryczny dwukrotnie, zaraz po sobie, wymawia „biegnijmy”. Pozornie zabieg ten sam, jaki widzieliśmy w Bierkach. Różnica polega na rozbiciu słów światłem. Światłem rozbija się tutaj również dwa znaczenia. Bieganie jako czynność wykonywana przez sportowców (pojawiającą się w tekście sprinterkę), ale i amatorów odchudzania, a czasami po prostu szybszy sposób chodzenia. Drugie znaczenie, metaforyczne, dotyczy sposobu życia. Szybko, szybko, coraz szybciej.

 

I jeszcze te spocone
ubrania, ten lepki pośpiech

w przejściach.

 

(Oczy Marii)

 

Zanim wrócimy do Kratylosa, zerknijmy jeszcze w utwór kończący tomik. Utwór bez tytułu, w którym czytamy: „żyje się na całego/i biegnie prostą drogą”. Ale to ciężarki leżące na szalach wagi. Zresztą cały utwór zaczyna się od swoistego życzenia osoby próbującej żyć pełniej, nie tyle już pędzić przez życie, co starającej się objąć jego wszystkie możliwości. Wiersz otwierają słowa: „Być jednocześnie tu i tam.”


Nie będzie chyba przesadą interpretacyjną, gdy czytelnik dołoży od siebie – tkwiące w podświadomości podmiotu wypowiadającego te słowa: „Być jednocześnie teraz i wtedy”. A może nawet „później”. W końcu „czas może się rozgałęziać, jak trakcja” (Argon). W końcu drzazgi tkwią również w innym czasie, w przeszłości. Pozornie tkwimy w jakimś teraz, ale nasza świadomość rozrasta się zupełnie inaczej, jak sny. Kojarzy ze sobą fakty pozornie odległe, nakłada na siebie, wraca do rzeczy i spraw odległych tak w czasie, jak i w przestrzeni.


Kluczem do całości Drzazg i śmiechu można uczynić fragment ostatniego (puentującego wszystko) wiersza: „Sny mnie zdradzają”. To właśnie poetyka snu, wspomnienia (niekontrolowanych przez nas gier świadomości/podświadomości) łączy istotne z codziennym, wzniosłe z przyziemnym, śmich z drzazgami, łupież z morzem, cisza jako nazwa sklepu oraz jako rzeczownik w formie rozkazu.


Można wymieniać bez końca. To świat, który „składa się z własnych strzępów” (Suknia z falbanami...).


Pojęcia często kontrastowe występują tutaj obok siebie.

 

„Sny, nic więcej”. (Niedbale...)

 

Może i tak. Ale sny, które niezwykle wiele mówią o jawie.

 

Mówią ustami, które „będą klaskać i gryźć”. (Niedbale...)

 

 

*

 

 

Usta powracają jako rekwizyt w świecie Marcina Orlińskiego wielokrotnie. Ale porzucony na chwilę Kratylos domaga się jeszcze jednego wyjaśnienia.

 

CDN

 

 

 

Michał Domagalski 

 

 

 

 

Marcin Orliński, Drzagi i śmiech

Wydawnictwo WBPiCAK

Poznań 2010

Zdjęcia


Michał Domagalski

Michał Domagalski premium

38 Poznań/Ostrzeszów
625 artykułów 70 tekstów 2127 komentarzy 4 teksty piosenek
Urodził się w Ostrzeszowie w 1982. Publicysta i krytyk. Redaktor prowadzący portalu Wywrota od kwietnia 2015 do października 2016. Jako poeta debiutował w almanachu Połów. Poetyckie debiuty 2014-2015. Mieszka w Poznaniu. Na stronach Biura Literackiego…
Zasłużeni dla serwisu
Współpraca


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
przysłano: 12 pazdziernika 2011 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło