Muzyka

Wilki – Wilki

Wilkom udało się stworzyć niepowtarzalny, surowy klimat, choć album z pewnością jest dziełem zamkniętym i oszlifowanym. Płyta zmusza do refleksji, a każdy utwór ma ukryte znaczenie, którego się szuka z przyjemnością.

Sztuka jest pojęciem abstrakcyjnym, a jej kontemplacja odbywa się na wielu płaszczyznach. Przenosząc się dwadzieścia lat wstecz, chciałbym uruchomić wyobraźnię czytelnika. Debiutancki album Wilków zabiera myśli daleko poza przestrzeń życiową. Muzyka przepełniona jest bogactwem doznań i emocji, które tak rzadko spotykamy w dzisiejszych kompozycjach.

 

Już pierwsze dźwięki albumu pokazują, że mamy do czynienia z nietuzinkowym przedsięwzięciem. Eroll, czyli „cień" w indiańskim narzeczu, jest podróżą po meandrach ojczyzny czerwonoskórych szamanów. Bębny, tworzące swoiste intro, rozrysowują obraz tańczących wokół ogniska Indian. Wrażenie to podtrzymane jest kilkukrotnym pojawieniem się szamana w tekście. Skupiony odbiorca zapragnie wstać i zacząć pląsać w rytm kompozycji. Także kolejny, bardziej gitarowy utwór, Nic zamieszkują demony, podtrzymuje klimat mistycyzmu. Skojarzenia ze światem pozaziemskim wywołuje zawodzący śpiew wokalisty połączony z szaleńczą solówką gitarową. Nie jest ona ani szybka, ani skomplikowana, lecz przenosi słuchacza w wyodrębnioną przestrzeń. Kontemplując pieśń w ciemnym pomieszczeniu można niemal poczuć na karku oddech rzeczonych demonów.

 

Trzecia piosenka na płycie przyniosła debiutującemu zespołowi popularność trwającą do dziś. Okazało się, że piosenka zaśpiewana po angielsku także może zdobyć serca polskich słuchaczy. Biją z niej tak silne emocje, że nawet nieznający języka laik nie pozostanie obojętny. Son of the blue sky, bo o nim mowa, jest poświęcony przyjacielowi zespołu, który zginął podczas sesji nagraniowej krążka.

 

Track numer cztery to zdecydowanie najmocniejszy kawałek. Jest tu ostra gitara i wściekły, pełen intensywności śpiew, wyrażający być może walkę między kochankami. Po takiej eksplozji gniewu oczekuje się przerwy... Nic z tego. Utrzymana w spokojnym tonie Rachela dręczy swoją tajemniczością i podszytą melancholią agresywnością, atmosferą niezaspokojenia. Podmiot ukryty w tekście jest wyraźnie zniecierpliwiony i zdesperowany, przepełniony namiętnością i podnieceniem. Nie wiadomo, czy doszukiwać się inspiracji Gawlińskiego w Biblii, czy w Weselu Wyspiańskiego. A może stworzył zupełnie nową postać literacką, kobietę, której nie można posiąść, tajemniczy głos towarzyszący przejściu spokojnej ballady w krzyk nienasycenia?

 

W końcu przychodzi czas na pierwszą naprawdę spokojną piosenkę, na Beniamina. Jest to historia wiecznej wędrówki, która nabiera sensu dopiero, gdy znajduje się kogoś, z kim warto iść przez świat. To alegoria życia, przywołująca na myśl antyczny topos homo viator.

 

Po chwili refleksji z głośnika wydobywa się apel do powstania i bliżej nieokreślonej walki. Być może jest to nawoływanie do batalii o ideały, dziedzictwo, zachowanie czystej formy sztuki. Słowa VIVE L'A ARTE, występujące w tekście Gloryii, zdają się mówić same za siebie.

 

W opozycji do walki stoi hymn o pokoju - pieśń poświęcona Aborygenowi. Jest ona modlitwą, wezwaniem do porzucenia negatywnych emocji i wsłuchania się w naturę:

 

Niech słowa pięści zamienią w szum wody
Niech przyjdą noce szalonej miłości
Niech to co wzięte zostanie oddane
Niech to co inne zostanie pokochane.

 

Nie można nie zauważyć buntowniczej postawy Wilków. Dotychczas wspominałem tylko o liderze, a przecież zespół składa się także z instrumentalistów. Muzyków, którzy bunt zawarty w słowach dopełniają, a nawet uwydatniają dźwiękami, melodiami stanowiącymi o klimacie całości. Dzięki nim przejście z agresywnego apelu do pacyfistycznego manifestu jest jak najbardziej naturalne. Różnorodność instrumentów, balansowanie na granicy tempa spokojnego i szaleńczego, a także niebywały talent ponad dziesięciu artystów - to wszystko sprawiło, że album rozszedł się w niemal milionie egzemplarzy, co na początek demokratycznej Polski było osiągnięciem nietuzinkowym.

 

Trzy utwory kończące płytę utrzymane są w spokojnej, łagodnej tonacji. Eli Lama Sabachtani to ostatni, rozpaczliwy lament przebitego serca. Z utworu emanuje głęboki ból, a sam zwrot jest przejawem zatracenia wszelkiej nadziei, ostatecznej rezygnacji. Z ulicy kamiennej i Uayo zamykają płytę w aurze tajemnicy. Znów pojawiają się elementy zahaczające o mistycyzm, zmieszany jednak z większą dawką osobistych odczuć podmiotu. Jeden z wersów ostatniego utworu na płycie zdaje się być dobrym podsumowaniem całości:

 

Wyśpiewajmy miłość i łzy.

 

Warstwa tekstowa jest bardzo mocną stroną tego wydawnictwa. Słowa napisane przez Roberta Gawlińskego traktują o rozmaitych rzeczach, zdają się być podszyte naturalizmem. Można oczywiście zarzucić autorowi monotematyczność, album otacza smuga miłości, nie jest ona jednak wciskana odbiorcy pompatycznie i na siłę. Wilkom udało się stworzyć niepowtarzalny, surowy klimat, choć album z pewnością jest dziełem skończonym i oszlifowanym. Świadczyć o tym może chociażby klamrowe zamknięcie motywami indiańskimi. Płyta zmusza do refleksji, a każdy utwór ma ukryte znaczenie, którego się szuka z przyjemnością. Sztuka przez wielkie S.

 

 

 

 

Wilki, Wilki

Wydawnictwo MJM Music PL, 1992


przysłano: 8 lutego 2011 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca