Anvil, "Anvil Is Anvil" (recenzja)

Kiedy pojawia się szansa, trzeba ją chwytać i wykorzystywać maksymalnie. Anvil przed laty tego nie zrobił i nie mam wątpliwości, że więcej okazji do wskoczenia do wyższej ligi metalu mieć nie będzie. "Anvil Is Anvil" to kolejny album potwierdzający tę tezę.

Tytuł w zamyśle Lipsa i Robba Reinera zapewne ma być swoistym wyznaniem wiary albo prezentacją wyników badań zespołowego DNA. Wyniki owe można podsumować tak, że pacjent ma się może i nie najgorzej, ale na pewno lepiej już mieć się nie będzie. Symptomy poprawy pojawiły się kilka lat temu, po albumie "Juggernaut Of Justice". Dało się też je wychwycić na "Hope In Hell". Lecz "Anvil Is Anvil" jest niestety powrotem do przeciętności. Brzmi wprawdzie bardzo dobrze, Robb na perkusji odwala kawał świetnej roboty, Lips śpiewa, tak jak nas do tego przez ponad 30 lat przyzwyczaił, wycinając przy okazji riffy i solówki, lecz płyta jako całość pozbawiona jest błysku, za mało jest na niej kompozycji, które chcielibyśmy mieć przy sobie jak najdłużej. "Runaway Train", "Zombie Apocalypse" i może "Fire On The Highway" to jednak trochę za mało. Anvil dobrze zaczął, bo od zaskoczenia. Gdyby nie charakterystyczny wokal Lipsa, intro do "Daggers And Rum" można by przypiąć do wykonawców z kręgu pirackiego metalu, Alestorm, może nawet Running Wild. Żaden to wielki numer, ale przynajmniej zostałem zafrapowany na samym początku. Cóż z tego, skoro później takich frapujących momentów jest jak na lekarstwo.

Doceniam wkład w Anvil w historię metalu. "Metal On Metal" i "Forged In Fire" to albumy naprawdę dużego kalibru. Nie bez powodu do inspiracji twórczością Kanadyjczyków przyznają się giganci thrash metalu. Ale na sentymencie i współczuciu, jakie pojawiły się po świetnym dokumencie "The Story Of Anvil", nie można bez końca jechać. Anvil to od lat solidność, przeciętny poziom. Nie mam problemu ze słuchaniem ich płyt, ale od dawna nie ma na nich niczego, co by mnie trzymało przy nich dłużej. Podziwiam determinację Lipsa i Robba. Wiem, że robią to, co robią, ze szczerej i wielkiej miłości do muzyki. I mimo narzekań na album numer 16, cieszę się, że są i grają. Tacy pozytywni wariaci są światu potrzebni.


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
źródło: megafon.pl
przysłano: 30 marca 2016 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło