Rozgrzane węgle

Kolejne rocznice udowadniają, że coś drgnęło w świadomości Polaków i chcąc nie chcąc przyswajają kawałek żydowskiej historii, coraz częściej traktując ją jak fragment własnej rozgrywki z Niemcami. Po raz pierwszy w tym roku pojawiły się w wielu polskich miastach plakaty informujące o okrągłej rocznicy wybuchu Powstania Żydowskiego w getcie.

Plakaty informujące o rocznicy wybuchu powstania wiszą w najbardziej newralgicznych miejscach Wrocławia. Widać na nich powiększone twarze dawnych mieszkańców warszawskiego getta, którzy być może brali udział w czynnym oporze wobec Niemców. Znając jednak tajniki i pokrętne drogi państwowych zamówień łatwo zgadnąć, że zdjęcia te mogą przedstawiać jakichkolwiek Żydów z jakiegokolwiek miasta w Polsce. Niewykluczone, że są to zdjęcia pamiątkowe znalezione gdzieś po wojnie. Wiadomo przecież, że po powstańcach nie pozostał żaden ślad oprócz żywych, którym udało się wydostać z płonącego getta.

 

Historia powstania w getcie jest najbardziej żywą i intensywną relacją jaka istnieje w przestrzeni wydarzeń drugiej wojny światowej. Dzieje się to za sprawą prostego faktu; nigdy wcześniej nie podejmowano zrywu przeciw Niemcom w jakimkolwiek z okupowanych miast. Walczący Żydzi jako pierwsi powstali przeciwko wrogowi, który przewyższał ich pod każdym względem. Ruch oporu jaki zdołano zorganizować w getcie, określając go często jako prymitywny i spontaniczny, pozwolił jednak po raz pierwszy w historii zatrzymać machinę Zagłady. Bunt w getcie przetrwał kilka tygodni, mimo że walczącym Żydom nikt nie pomagał z zewnątrz. Biorąc pod uwagę bliskość toczącej się walki na śmierć i życie, wydaje się to niepojęte. A jednak tylko w pierwszym dniu powstania żydowskiego, Polacy zwrócili uwagę na grzmiące od wystrzałów getto. W kolejnych dniach nikt nie ośmielił się ani pomóc uciekającym z płonącego getta ludziom, ani też wesprzeć ich militarnie. Jak wiemy z przekazów ostatnich żyjących żołnierzy żydowskiego powstania, które z wielką żarliwością spisała Anka Grupińska, polskie podziemie zachowało się nadzwyczaj powściągliwie. Jej przywódcy byli po prostu przekonani, że szkoda broni dla martwego getta. Co ciekawe, już wówczas uznano część toczącej się historii, która rozgrywała się na sporym placu Warszawy za wyjątek, przestrzeń nie należącą do części polskiej historii drugiej wojny światowej. Wykluczono Żydów najpierw z miasta, stłaczając ich w wąskim i ciasnym kwadracie ziemi, pozbawionym jakichkolwiek drzew, a potem skreślono ich powstanie z kart toczącej się wojny. Jak się łatwo domyślić historia powstania żydowskiego, na którym uczyli się walczyć w zamkniętej przestrzeni Warszawiacy w kolejnym powstaniu, została skreślona z podręczników do nauki historii. Polska święcie wierzyła, że zamieszkiwali ją wyłącznie Polacy, a kilka procent przedwojennej populacji Żydów znikła z kraju jak za pociągnięciem magicznej różdżki. O powstaniu i jej przebiegu pamiętali nieliczni ocaleli z Zagłady, a dowiadywali się o nim na prawach wyjątku zapatrzeni w historię buntownicy. Wśród nich znalazła się szczęśliwie sama Grupińska.

 

Książkę Grupińskiej "Ciągle po kole. Rozmowy z żołnierzami Getta Warszawskiego" czyta się jak powieść. Kolejne rozmowy jak odcinki jednego serialu nieoczekiwanie wciągają czytelnika w wir swojego rytmu. Mimochodem dowiadujemy się z urwanych relacji nie tylko o samym powstaniu, ale przede wszystkim poznajemy tropy, drogi, połączenia i stan świadomości ówczesnych mieszkańców stolicy. Okazuje się, że wybuch wojny w Polsce zainicjował proces, który trwał i w zagładzie Żydów nie było niczego nieoczekiwanego. Rozmówcy Grupińskiej mówią o falach narastającej nienawiści do studentów i uczniów pochodzenia żydowskiego w szkołach, biciu i nagonkach, szczuciu na Żydów, które inicjował kościół katolicki. Z kilku rozmów dowiadujemy się, że tło Jedwabnego istniało w Polsce już przed wojną, idealnie hodowane i pielęgnowane przez sam kwiat polskiej inteligencji. Czytając rozmowy z byłymi powstańcami odnajdujemy też ślady wyparte przez historię, o których opowiadał Gross w swoim "Strachu". W pewnym sensie Anka Grupińska dotknęła polskiej traumy na wiele lat przed nim. W odkryciu jednak nieznanej szerokiemu gronu historii za dużo było zamieszania i skoncentrowania się na militarnych szczegółach. Nikt nie zwrócił wtedy uwagi na powszechny i odnotowany w kolejnych rozmowach antysemityzm wśród Polaków.

 

Książka Grupińskiej wciąga jak opowiadana w kółko historia. Za każdym obrotem tego koła wypada nam się zmierzyć z innym jej stereotypem, relacją czy faktem. W jakiś magiczny sposób historia powstańców nie kończy się wraz z zamknięciem książki, wręcz przeciwnie, pulsuje w skroniach na długo potem. To właśnie dlatego podręcznikowa historia wymyka się wszelkim konwencjom i przemienia w gatunek u nas do tej pory nieobecny. Grupińska oddała nam do ręki spis gotowych historii, które przyciągają nas swoim dramatyzmem. Każda z nich wypowiedziana jest ustami zupełnie innego świadka, który żył w bardzo konkretnej, a jednak dalekiej od siebie przestrzeni. Warunki życia ludzi w getcie różniły się między sobą. Na ten prosty i zaskakujący fakt (wierzymy naiwnie, że historia męki jest historią sprawiedliwości), wskazuje sama autorka. "Ciągle po kole" ma wymiar jednoczący i oczyszczający. Potęga tej książki wynika z faktu doskonałej redakcji i wyczucia tonu u rozmówcy. Oto mamy do czynienia z fugą, którą Grupińska rozpisuje na pojedyncze, komplementarne wobec siebie głosy. Bohaterowie książki znali się w młodości lub nie, ich relacje bywają wobec siebie dopełnieniem lub zupełnym zaprzeczeniem. Historia w ogóle opiera się na relacji osób przypadkowych, kłamców, poetów i bohaterów, którzy nie potrafią przekazać jej dalej. Jak mówi Marek Edelman, historia bardzo często opiera się na przekazach głupców.

 

Grupińska dokonała pięknego domknięcia. Po wielu latach wróciła z dyktafonem do Marka Edelmana i już na zupełnie innych prawach świadomego rozmówcy, dokończyła pierwszą, niezręczną rozmowę z przywódcą powstania w getcie. Rozmowa sprzed lat, która książkę zaczyna rozegrała się w dalekiej przeszłości, na styku rozdrażnienia Edelmana i słabej znajomości faktów Grupińskiej. Redaktorzy i założyciele ówczesnego "Czasu", podziemnej gazety społecznej, przyszli do Marka Edelmana po wsparcie moralne, pytając go jednocześnie o daleką przeszłość i ogląd sytuacji na świecie. Z tak zaproponowanej i prowadzonej rozmowy wyszła dziennikarska hybryda, która pokazuje cały temperament Edelamna i jego postawę wobec pytających o historię getta. Widać, że lekcja pokory, jaką dał Grupińskiej stary przywódca nie poszła na marne. Po wielu latach wraca do niego, żeby odbyć kolejną rozmowę o mechanizmie Zagłady. To właśnie ta zamykająca książkę rozmowa ma w sobie największy ładunek dramatu, liryzmu i melancholii. To właśnie z niej poznajemy Marka Edelmana, który w nieustannym zrywie wewnętrznym, osaczony przez coraz większe i odleglejsze od prawdy opowieści o getcie, zaczyna się poddawać. Pomiędzy stwierdzeniami "dajcie mi wszyscy spokój", "a niech sobie piszą, co chcą", "niech kłamią", wynurza się postać nadwrażliwego cynika zakleszczonego w pułapce historii. Czytając ostatnią rozmowę z Edelmanem otrzymujemy obraz człowieka niezwykle samotnego, którego wielki wstrząs pozbawił możliwości realnego zakorzenienia w świecie. Jest w tej rozmowie jeszcze coś; to wiara w potęgę miłości, która istniała również w getcie. Edelman twierdzi, że opowiedzieć historię Zagłady można tylko temu, kogo się naprawdę kocha.

 

- "Mnie taka postawa nie przekonuje" - twierdzi Kazik Ratajzer, który walczył u boku Edelmana. - "Ja nie uważam, że zmarli potrzebują strażnika, oni już sobie poradzili - na dobre i na złe. To bardzo ładnie brzmi: strażnik. I ja nie wątpię, że jest to powiedziane z całą szczerością. Ale mnie to nie przekonuje". A jednak to właśnie przez lata Marek Edelman, który nie wyjechał z Polski, pielęgnował pamięć o powstańczym zrywie. Mało dyplomatycznie - to prawda, ale z dużą energią i niezłomnością ducha. Być może, gdyby nie pierwsze spotkanie Grupińskiej z Edelmanem, nie byłoby w ogóle tej książki. Gdyby nie sam Edelman, nie byłoby mojego zainteresowania tematem powstania w getcie. Tak się bowiem składa, że to właśnie świadkowie (ułomni lub nie), stanowią jedyny pomost łączący te dwa odległe światy; mój zakorzeniony w kolejnym stuleciu i ich, wypalony, zmarnowany i zatruty przez propagandę.

 

Poruszanie się dziś po historii Zagłady przypomina stąpanie po rozgrzanych węglach. Można wobec tego tematu przyjąć dwie postawy; rzucić się na niego i w romantycznej pozie zbierać wszelkie materiały albo poruszać się w rytmicznym, powolnym rytmie niedźwiedzia, którego palą stopy. Kto wie czy ta druga postawa nie wywołuje lepszych skojarzeń i nie przynosi (wraz z poprawnością polityczną), prawdziwych plonów. Ostatecznie ruch misia na węglach imitują polscy politycy, którzy dopiero w tym roku zapragnęli uczcić okrągłą rocznicę wybuchu powstania w getcie. Znak to prawdziwych przemian czy mody?

 

Wykonałam kilka zdjęć na ulicy. Niezdarnie mierząc do Żydów na plakacie telefonem komórkowym. Za sprawą poczucia solidarności, na znak, że od kilku lat uczestniczę na własną rękę w tej wielkiej i prawdziwej historii, zrobiłam sobie z odważnych Machabeuszy tapetę na telefon i wygaszacz ekranu. Prostackie? Być może, ale tylko tym sposobem mogę co najmniej raz dziennie przypomnieć sobie, że getto walczy, płonie i umiera. Jak ktoś poetycko i fałszywie napisał: "za wolność waszą i naszą".

 

Kilka lat temu podczas seminarium w Auschwitz - Birkenau usłyszałam obok ruin krematorium niezwykłą historię. Była to relacja przewodniczki, która opowiedziała nam o transporcie ostatnich Żydów z płonącego getta. Wygnano ich z pociągu i prowadzono wprost do komory gazowej. W szatni wydarzyło się coś nadzwyczajnego, o czym esesmani opowiadali później ze wstydem. Podczas rozbierania jedna z kobiet, mieszkanka walczącego getta, rzuciła się w stronę esesmana i wyrwała mu z kabury pistolet. Raniła go w nogę, innego drasnęła kulą, a następnie chciała popełnić samobójstwo. Nie udało jej się zastrzelić. Została rzucona do pieca krematoryjnego żywcem. Historia jakich tysiące? Wręcz przeciwnie. Był to jedyny ślad buntu o jakim słyszano w Auschwitz - Birkenau wśród przeznaczonych do spalenia. Kobieta była aktorką. Występowała w jednym z teatrów w warszawskim getcie.

 

Kiedy czytam napis "Śladami Machabeuszy" na plakacie przypominającym o wydarzeniach w getcie, przypominam sobie historię spisaną przez Hannę Krall. W jej krótkim reportażu "Zdążyć przed Panem Bogiem", bohaterowie dzielą się na jasnych i ciemnych za sprawą krwi i urodzenia. Polacy to urodzeni szczęśliwcy, pełni słońca i siły. Kiedy walczą, robią to z wdziękiem i gracją. Tymczasem Żydzi zostali straceni w momencie urodzenia. Każdy ich gest ma w sobie ciężar czegoś przeklętego. Nie trafili w swój czas. Zdania wypowiadane przez powstańców świadczą jednak, że mimo tego prostego podziału, w czasie wojny zdarzały się cuda. Podczas walki również Żydzi potrafili wybić się na prawdziwych (pięknych i jasnych) bohaterów. Pamiętamy przecież jak Marek Edelman reklamował swój czerwony sweter słowami; "nie masz pojęcia, jak ja wtedy wspaniale wyglądałem". Z perspektywy historii być może łatwiej zrozumiemy powstanie w getcie i siłę tych zdarzeń, kiedy odwołamy się do jakże polskiego mitu o wolności. Polacy kochają wszelkie powstania, a zwłaszcza te, które mają przywrócić im skradzioną wolność. Czy przedwojenni Żydzi byli wychowywani w zupełnie innej tradycji? Właśnie nie. Spora ich część należała do kultury polskiej i wypełniała jej najbardziej twórczą przestrzeń. Wystarczy wspomnieć choćby o Julianie Tuwimie. Machabeusze stanowili zatem nierozerwalną, a jednak brutalnie odrzuconą i splugawioną część polskiej tożsamości. Niestety, przyjąć możemy ją w oficjalnej przestrzeni miasta dopiero dziś.

 

Jest jeszcze coś. Pozostali ludzie, którzy przez te wszystkie lata, poza oficjalną cenzurą, zajmowali się tematem Zagłady. To właśnie dziś nazywam ich w myślach prawdziwymi Machabeuszami. Jednym z nich jest niewątpliwie Jerzy Piątek, dziennikarz, publicysta, fotograf. O jego spojrzeniu na historię wybuchu powstania można przeczytać pod adresem:

http://wiadomosci.polska.pl/....

 

Agnieszka Kłos

źródło: Rita Baum

Agnieszka Kłos

Agnieszka Kłos

19
52 artykuły 3 teksty 17 komentarzy
Dziennikarka, krytyk sztuki, performerka. Wykłada fotografię prasową i dziennikarstwo internetowe na wyższej uczelni. Wiceprezes Stowarzyszenia Artystycznego Rita Baum. Agnieszka Kłos - znana jako agniusza. Stypendystka Ministra Kultury na warsztatach…
Zasłużeni dla serwisu


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
Dominik
Dominik 23 kwietnia 2008, 18:28
Też widziałem te plakaty w Trójmieście. Bardzo poruszające. Niestety brakuje mi na nich jakieś szerszej informacji. Nawet jeśli chciało by się w jakiś sposób wziąć udział to brakuje jakiegoś pomysłu który od razy można wrzucić w swój terminarz.
przysłano: 23 kwietnia 2008 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło