Literatura

Stawirej i Konarzewska. Impresja ze spotkania

Czytamy książki, recenzje, podziwiamy architekturę, fotografie, bywamy w teatrze i w kinie – obcujemy z różnymi tekstami kultury, za którymi zawsze stoi jakiś autor.

 

Wybierając się 25 marca br. do Ronda Sztuki na spotkanie z Jarosławem Stawirejem i Martą Konarzewską, zastanawiałam się, jak diametralnie uległ zmianie mój stosunek do pojęcia „autor”. Od kiedy tylko nauczyłam się składać literki, literatura zajmowała istotne miejsce w moim życiu. Uwielbiałam czytać niemal wszystko. Potem nauczycielka polskiego pochwaliła pierwsze opowiadanie, więc w dziecięcej główce pojawiła się myśl: zostanę pisarką! Bo bycie pisarzem to przecież coś wielkiego. I chyba właśnie w tym fantastycznym świecie ustawiłam twórców na piedestale, przyrównując niemalże do superbohaterów z nadprzyrodzonymi mocami. Byli świetni, sławni i warci podziwiania, przez co stali się w moim umyśle kompletnie… odczłowieczeni. Kim trzeba być, żeby wydać książkę? Jak bardzo zdolnym i mądrym? Ile to wysiłku kosztuje?

 

Autorzy. Z czasem dorastamy i z tym czasem mamy szansę zagłębić się we własne zainteresowania, skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością. Zaczynamy wówczas rozumieć, że nasi idole to zwykli ludzie, którzy po prostu pracowali nad danym talentem, niejednokrotnie ze zdziwieniem odkrytym. Tak sprawa wyglądała w przypadku Stawireja. Masakrę profana zaczął pisać bardziej dla przyjemności czy uwiecznienia pomysłu, kiełkującego w głowie przez dobrych parę lat. Dopiero, gdy pierwsza połowa była gotowa, nadeszła odwaga do przyznania się i kolejno do pokazania utworu znajomym. To jedna z tych sztampowych historyjek, które możemy poznać z wywiadów lub informacji zamieszczanych w Internecie. Natomiast spotkanie z autorem daje o wiele więcej.

 

Spóźniona zasiadłam w pierwszym rzędzie. Akurat Stawirej czytał fragment o misiu. Szybki rekonesans po sali – na ścianach plakaty Tomaszewskiego, krzesła ustawione w centralnym punkcie pomieszczenia, publiczność zasłuchana i żywo reagująca na przedstawianą historię. Jest śmiech i jest wzruszenie, jakiś smutek odmalowany na ich twarzach, gdy słyszą, że mały miś musi się poświęcić, żeby jego bracia mogli przetrwać. Słowo powstało ze zmarłych, wyciągając z kieszeni warstwę brzmieniową i jak mapę, rozwinęło ją przed nami. Czym innym jest czytanie w zaciszu własnego pokoju lub w zatłoczonym autobusie, a czym innym stworzenie chwilowej wspólnoty, którą łączy nadrzędny cel: zapoznać się z tą samą książką.

 

Po pierwszym odczycie prowadzący przeszedł do rozmowy z autorem i Konarzewską, występującą na spotkaniu w dwóch rolach: jako redaktorka Masakry i współautorka Zakazanych miłości. To odpowiedni moment, aby sprostować wcześniejsze medialne wypowiedzi. Kim jest bohater Stawireja? Pada konsekwentna odpowiedź – to everyman, ale… niespodziewanie okazał się podobny do swojego stwórcy, choć ten jeszcze do niedawna przestrzegał przed utożsamianiem ich ze sobą.

 

Znowu ta perspektywa czasu! Możemy tworzyć, mając w sobie gotowy projekt, określić, co czym ma być, a jednak dopiero pewien dystans pozwala spojrzeć na własne dzieło całościowo – ogarnąć także warstwy zrodzone nieświadomie. Rodzi to pytanie, czy ponowne spojrzenie na własne dzieło po usłyszeniu na jego temat wiele opinii, nie będzie tylko dodawaniem ideologii, wykorzystywaniem teorii dla umocnienia statusu utworu? I co autor rzeczywiście może w nim zobaczyć, a co zostało mu wmówione?

 

Oczywiście padło pytanie o stosunek do Kościoła, o rzekomy na niego atak, z czego wyniknął wątek polskiej mentalności. Stawirej zwrócił uwagę na ważną sprawę – na korelację zjawisk braku wykształcenia, biedy i zabobonów, które tworzą nierozerwalną triadę. Nierozerwalną, ale także niesamowicie silną. Jeśli spojrzeć na historię naszego narodu, chcąc nie chcąc, musimy przyznać, że ludzie dotknięci tymi zjawiskami jako zbiorowość zawsze wygrywają. Jak Amerykanie mają swój patriotyzm tłumnie manifestowany, tak Polaków gromadzi kwestia wiary zacierając obraz świata rzeczywistego.

 

Spotkanie w Rondzie ukazało mi Stawireja jako wyjątkowo sympatyczną i skromną osobę, mądrze się wypowiadającą. Zdecydowanie można odczuć, że jeszcze do niedawna był jednym z nas (mam tu na myśli ludzi, dla których bycie pisarzem zdaje się być wielką sprawą), że ten debiut jest tylko pierwszym krokiem prowadzącym przez długi most do utrwalenia się w historii literatury. Nic więc dziwnego, że spotkanie zdominowała Marta Konarzewska, ujawniając kilka spraw z pracy redakcyjnej nad książką.

 

Zauważyłam, że w świadomości przeciętnego czytelnika istnieje wyłącznie postać autora. Zespół redakcyjny w żaden sposób nie jest brany pod uwagę, chyba że nazwisko redaktora jest na tyle słynne i znaczące, by zachęcić do lektury. Ceniony jest autor, mimo że kształt, kompozycja, charakter książki czy przede wszystkim poprawność językowa wypracowywana jest przez redaktora/korektora lub w porozumieniu z nimi. A to od przydzielonej przez wydawnictwo osoby zależy bardzo wiele. Stawirej zdawał sobie z tego świetnie sprawę. Przerażenie po usłyszeniu werdyktu było poniekąd uzasadnione, przynajmniej początkowo. Konarzewskiej niezbyt spodobała się Masakra, która na powieść została przerobiona ze scenariusza. Taki zabieg miał swoje konsekwencje w postaci nadmiernych opisów, niepotrzebnie przytłaczających dialogi. Redaktorka jednak z uśmiechem zwraca uwagę na laicką mistykę oraz na jej ulubioną bohaterkę – Matkę Boską, przypominającą „Maryjkę”, która zeszła z przydrożnej kapliczki.

 

Konarzewska, jak na polonistkę przystało, uwielbia czytać, więc łącząc przyjemne z pożytecznym, przedstawiała zebranym fragmenty warte uwagi. Skupiając się na samej treści książki, często pomijamy wiele mechanizmów nią rządzących. Jednym z nich jest uchwycenie w Masakrze sposobu działania mediów. Redaktorka niejednokrotnie miała do czynienia z telewizją, zatem po przeczytania potwierdziła – tak właśnie robi się programy, a autor Masakry świetnie oddał w słowach ruch kamery.

 

Część wieczoru poświęcona Stawirejowi szybko dobiegła końca. Wszystkie spojrzenia skierowały się na Konarzewską i drugą książkę leżącą na stoliku. Zakazane miłości to zbiór najintymniejszych historii. Nie ma w nich tematu, który autorzy by ucięli, a milczenie zapisane w nawiasie jest tak samo wymowne i niesie tyle samo emocji, co słowa autorki dotyczące naszego społeczeństwa. Stoi ona na stanowisku, że wcale nie trzeba metodą małych kroczków zapoznawać Polaków z różnorodnością. Nie można włączać do publicznego świata gejów i lesbijki, udając, że bi i transy nie istnieją. Ważne, aby pokazywać całą paletę, a nie tylko jej okrojony zakres.

 

Autorka zaprzecza istnieniu tożsamości płciowej czy seksualnej, jedyne, z czym mamy do czynienia, to kultura. Właśnie kultura narzuca na nas role społeczne, utrwala w danym spojrzeniu na świat. Zakrywa pewną wielorakość, a jednostka staje się jedynie konstrukcją norm i zasad. Słysząc tę wypowiedź, przypomniał mi się fragment z Kabaretu metafizycznego Gretkowskiej, w którym napisała, że zboczonym jest kochać kobietę lub mężczyznę, bo powinno się kochać człowieka. I chyba właśnie w tym kierunku dąży przedsięwzięcie Konarzewskiej i Pacewicza: obnażyć nas z norm, by powiedzieć – tak właśnie wygląda człowiek, a to, co zostało zrzucone, jest społeczeństwem. Bądź tożsamym ze sobą, a nie tosamym z polskim narodem.

 

Czekając na przesiadkę w drodze powrotnej, w świetle jedynej latarni zaczęłam czytać Zakazane miłości. Wiele się nie dowiedziałam, bo z autobusu wysiadł niezbyt trzeźwy mężczyzna, mówiąc, że też lubi czytać Szekspira. To pokazuje, jak bardzo zatopieni jesteśmy w kulturę, przestajemy już nawet imponować na własny sposób, wyciągając przykłady z kanonu i te najbardziej chwytliwe. Może wcale nie szybki tryb życia i brak czasu jest najbardziej przerażający, bo prowadzi do destrukcji, jak sugerował nieznajomy, lecz raczej to, że jesteśmy pozbawieni możliwości wyjścia poza narzucone formy. Można próbować, ale jakąś rolę zawsze będziemy odgrywać. Pisarza, matkę czy panią z kiosku…

 

 

 

 

PS Odpowiedź dla Dominiki, która pisała recenzje Zakazanych miłości, przed zamieszczeniem wywiadu z Giertychem wzbraniała się Konarzewska, zatem mimo pączków decyzję tę musiał podjąć Pacewicz.


© Justyna Barańska 

 

 

 

 

Wywrotowe recenzje:

1. Zakazanych miłości

2. Masakry profana

 

 

Fot. Szymon Orłowski

Zdjęcia


Justyna D. Barańska

Justyna D. Barańska premium

32 Ruda Śląska
120 artykułów 6 tekstów 4 prace 7394 komentarze
Przez dwa lata (06/2011–07/2013) pełniła funkcję redaktor prowadzącej, wcześniej opiekunka sekcji poetyckiej i recenzentka literacka ,,Jest we mnie stare żelastwo, chrzęst zbroi, modły pogan, Są krainy, które znamy tylko z niedokładnych snów."…
Zasłużeni dla serwisu


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
Dominika Ciechanowicz
Dominika Ciechanowicz 23 kwietnia 2011, 11:48
O, dopiero zauważyłam odpowiedź :) wiedziałam, że te pączki musiały Pacewicza otumanić, bo ten Giertych nijak tam nie pasuje.
Justyna D. Barańska
Justyna D. Barańska 24 kwietnia 2011, 11:47
A ja myślę, że nawet pasuje, przynajmniej pokazuje zacofanie i to, na co są narażenie, którzy odchodzą od powszechnie wyznawanej normy.
przysłano: 31 pazdziernika 2010 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca