Teatr

Sztandar ze „Sztandaru” (ze spódnicy) w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu

Umówmy się, już na początku – wszystko działa w dwie strony. Ale te najbliższe kilkaset słów kobietą stoi, bo o niej jest „Sztandar ze spódnicy”.

 

Będzie więc o kobiecie, a oprócz tego o spektaklu (lub odwrotnie), z małą dozą uogólnienia na koniec, ponieważ tak trudno tego uniknąć, gdy mowa o wielkich grupach społecznych!

 

‘Kobietą’, ‘kobiecie’. Kobieta, kobieta, kobieta. Pani, Panienka, Panna, samica, ona.  Czy mamy do czynienia ze spektaklem feministycznym? Tak, ale na pewno nie w obiegowym tego przymiotnika znaczeniu. Po pierwsze i przede wszystkim – Zapolska, która uparcie potępiała emancypantki, a której wysoce niefeministyczny monolog rozpoczyna całe przedstawienie. Po drugie – na scenie przez cały czas trwania sztuki nie pojawia się ani jeden mężczyzna, co nie zmienia faktu, że życie bohaterek mimo to przypomina upiorne piekło, do którego przygotowują one pracowicie siebie, i swoje córki, już od dziecka. Pajęczynka wzajemnych stosunków, tego, co wypada, a co nie, ukradkowych spojrzeń i świętego oburzenia staje się coraz ciaśniejsza, ale po przekroczeniu punktu szczytowego nie następuje żadne wyzwolenie.  Po trzecie – bohaterki bywają głupie, pogubione, nie mają nic ze świadomych siebie bojowniczek. Beztrosko moszczą się w ramionach sztampy i nie uchroniła się przed tym nawet postać Emancypantki. Nie jest to więc feminizm wojujący – nazwałabym go raczej błyskotliwym, przenikliwym. Sztandar jest feministyczny o tyle, o ile opowiada o paniach. Wycelowując w nie przy okazji oskarżycielsko swój palec. Tak, to my, to my, to my.

 

 

Strona wizualna. Zdecydowanie zachwycająca. Ula Kijak przy pomocy Diany Marszałek stworzyła dobry spektakl dla tych, którzy lubią patrzeć. Patchworkowa[1] Gabriela w fantastycznej oprawie plastycznej uwodzi światłem i kolorem, poczynając od pierwszego aktu, rozgrywającego się, na następującej zasadzie – jaskrawy pas, w którym pojedynczo pojawiają się bohaterki, podświetlenie białej tkaniny, zawieszonej z tyłu, a potem, już w trakcie scen „docelowych” - zwyczajne lampy sceniczne. Taka wdzięczna sekwencja oddziela każdą z podscen od reszty. Aktorkom, ustawiającym się na miejscach w jasnych sukniach towarzyszy muzyka elektroniczna, a na początku i na końcu stoją one sztywno wyprostowane, jak roboty, patrząc prosto na publiczność. Tworzy to bardzo zgrabny miks dziewiętnastowieczności oraz współczesności, rodzaj pastelowej, żeńskiej wariacji steampunku. Na środku przez większą część aktu znajduje się, jak pogańskie bóstwo albo indiański totem, biała sukienka ślubna[2], która ostatecznie unosi się w górę, pozostawiając bohaterki, najpierw tańczące dookoła niej w kółko w rytm wesołej muzyczki, potem zaś dziko wymachujące kończynami do techno. Pierwszą część wieńczy piękna scena, w której aktorki stoją rzędem w bieliźnie, a pasy materiału, stanowiące dotąd bierny element scenografii zmieniają się w długie welony. Potem jest już tylko gwałt – zrobotyzowany i zrealizowany w ciekawy choreograficznie sposób.

 

Przerwa na siku i powrót, tym razem do lat pięćdziesiątych. Obszar działań scenicznych jest w tej części dużo mniejszy, a bohaterki ze zwiewnych istot przemieniają się w wielozadaniowe maszyny, zdolne do jednoczesnego gotowania, sprzątania, niańczenia dziecka i poprawiania tak nieskazitelnego makijażu. Mniej jest tu wzdychania, więcej tragedii i o ile w dziewiętnastowiecznej części głupotę często można było bez wyrzutów sumienia skwitować rubasznym śmiechem, o tyle w przypadku tego aktu byłoby to dyskusyjne. Tekst Zapolskiej nadal poszatkowany jest na drobne kawałki, oddzielone od siebie fragmentami tańca synchronicznego, którego tematyka obraca się wokół niańczenia dzieci, prasowania, prania i obierania ziemniaków. Tyle.

 

Reżyserka Ula Kijak na dyskusji po spektaklu, który odbył się dwudziestego pierwszego kwietnia Roku Pańskiego 2011, nazwała część, o której będzie teraz mowa, trzecim aktem. Zamykał on wcześniejsze rozważania przeniesieniem do współczesności. W pierwszej części tego ostatniego klaustrofobiczna ciasnota sceny rozszerza się w jednej chwili i w tę gołą, pustą przestrzeń wychodzą aktorki, nie w barwnych sukniach, ani natapirowanych włosach, ale w czarnych, prostych garniturach i rubinowych krynolinach, kołyszących się smętnie przy każdym kroku. Pozbawione gorsetów i misternych fryzur, stają się do siebie podobne. Uderzające. W tle pojawiają się odgłosy manify i chociaż jest tak pięknie, to jednak jazgotliwie. A potem. Potem ma miejsce rzeczywisty zgrzyt, czyli ‘modlitwa’, której przesłanie jest o tyle trafne, o ile banalne i pozbawiające przedstawienie elementu niedopowiedzenia.

 

Sztandar to spektakl zadający bardzo istotne pytanie - co dalej? Pora na truizm: był czas, kiedy jedyną możliwą drogę stanowiły dla kobiety dzieci i małżeństwo[3], często takie, w którym, jak mówi jedna z bohaterek, „nie ma miłości”. Jeżeli nawet młoda dziewczyna zdobywała gruntowne wykształcenie i / lub szła do pracy, jej horyzonty rozszerzały się, lecz spektrum wyborów było mniej więcej constans: tak ciasne, jak scena, na której ostatecznie przyszło je odgrywać. Chciałabym uniknąć piania na temat nowego wspaniałego świata, bo umysły, niestety, nie zmieniają się tak prędko jak warunki i czasami bliżej im jest do wieku dziewiętnastego, osiemnastego, czy nawet któregoś z wcześniejszych, ale sytuacja, tak, czy siak, uległa względnej poprawie – mamy luksus wyboru, lecz ilość alternatyw może zupełnie pogubić. Miotamy się, moje drogie Panie, już wyzwolone, ale jeszcze w opresji, od wielu lat w spodniach, lecz nadal modlące się do długich, balowych sukni, zakładanych na najważniejsze uroczystości i do białej sukni ślubnej, do fryzur, o których można powiedzieć dużo, ale nie to, że są wygodne, bez przerwy pomiędzy etosem pracy, a etosem księżniczki. Wiele z nas wciąż ma nadzieję, że zarobki ich partnerów pozwolą na pozostanie w domu. I tak źle, i tak niedobrze, nie ma prostych recept. Jest za to Sztandar, który czepia się myśli jak rzep.

 

 

Aleksandra Lubińska

 

 

Sztandar ze spódnicy

Adaptacja i reżyseria: Ula Kijak
Scenografia i kostiumy: Diana Marszałek
Współpraca scenograficzna: Anna Ławrynowicz
Muzyka: Maria Rumińska
Choreografia: Anka Jankowska
Dramaturgia: Joanna Biernacka

Asystent reżysera: Anna Kieca
Inspicjent: Marta Giergielewicz

Obsada:
Emancypantka: Marzena Bergmann (gościnnie)
Kokota: Aldona Struzik (gościnnie)
Naiwne Cielę: Anna Kieca
Cierpiętnica: Renata Kościelniak
Spryciula: Aleksandra Listwan (gościnnie)
Wredna Baba: Ewelina Paszke-Lowitzsch
Głupia Idiotka: Beata Rakowska
Wieśniaczka: Agata Skowrońska (gościnnie)
Babunia: Jadwiga Skupnik (gościnnie)

 

Na podstawie dramatów, prozy i publicystyki Gabrieli Zapolskiej.

 

Wrocławski Teatr Współczesny, Duża Scena.

Premiera: 16 kwietnia 2011.

 


[1] By sprawiedliwości stało się zadość – to wdzięczne określenie nie jest, niestety, mojego pomysłu.

[2] Połączenie tylnego oświetlenia i sukienki, która staje się wówczas czarnym cieniem, na tle którego przesuwają się bohaterki jest ucztą dla oczu. Polecam.

[3] Nie wliczając, naturalnie, klasztoru i burdelu.

Aleksandra Lubińska

Aleksandra Lubińska

33 Kiedyś w Rocławiu, teraz w Arszawie.
28 artykułów 12 tekstów 194 komentarze
'Loo', czyli 'wychodek'. Mały gnojek. Zabawiam się fotografią, rękodziełem, rysunkiem i pisankiem. Studentka filologii polskiej na UWr. i afrykanistyki na UW.
Artyści promowani przez Wywrotę
Zasłużeni dla serwisu


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
Jarosław Klebaniuk
Jarosław Klebaniuk 26 kwietnia 2011, 08:32
Ładny tekst. Ciekawy pomysł ze zmianą płci podmiotu recenzenckiego - skoro sztukę zrobiły kobiety, to i oceniać powinna kobieta! Okiem krytyka zaangażowanego w sztukę spektakl jednak wygląda jeszcze ładniej niż widziany przez zwykłego zjadacza teatru. Mnie się podobała suknia ślubna i pastelowe sukienki, ale tej gry świateł nie zauważyłem, a w każdym razie nie znalazłem dla niej myśli ani tym bardziej słów.

Co do dzisiejszych wyborów/ możliwości kobiet, to może po prostu w najlepszym wypadku mają szansę być zindywidualizowane (już nie trzy miejsca, ale więcej). Idealnie byłoby, gdyby każdy/każda mógł/mogła zająć się domem i dziećmi, robić karierę, łączyć jedno i drugie lub jeszcze robić zupełnie coś innego. Jestem zwolennikiem dochodu gwarantowanego (nie jest to bynajmniej niemożliwe, tylko nierówności musiałyby ulec zmniejszeniu), który umożliwiałby na przykład realizowanie się w sztuce, działalności charytatywnej lub dziedzinie innej niż zasuwanie w jakiejś głupiej pracy lub obsługa męża/żony i stadka przychówku.
Aleksandra Lubińska
Aleksandra Lubińska 26 kwietnia 2011, 17:24
Panie Jarosławie, nie zauważyłam, że pod swoją recenzją zmienił mi Pan przypadkowo płeć; jestem kobietą. Nie wiem, czy to kobieta powinna oceniać. Skłaniałabym się ku poglądowi, że dobre rzeczy są bardzo uniwersalne.

Światło to było to, co zachwyciło mnie szczególnie, ale może to skutek mojego średniego wyrobienia teatralnego, za to większego fotograficznego. Zobaczę, co się będzie działo dalej. Nadal jednak sądzę, że "Sztandar" postawił pod tym względem poprzeczkę naprawdę wysoko. Chwilami wydawało mi się, że to bardziej instalacja, niż spektakl.

Ha, widzi Pan, a ja jeżę się wewnętrznie, gdy tylko słyszę przymiotnik 'gwarantowany'. Idealnie byłoby, gdyby każdy mógł wybierać sobie to, co mu się podoba i być szczęśliwym. Tylko czy wtedy cokolwiek zostałoby nam do roboty? Niewygoda bywa szalenie stymulująca, a życie jest nieprzewidywalne i, prawdę powiedziawszy, najwięcej w swoim życiu zrobiłam zmotywowana właśnie tym, że nikt niczego mi nie zagwarantuje (pomijając ciekawość), więc trzeba zbierać, ile się da.

Aj, no i stała się dygresja.
Jarosław Klebaniuk
Jarosław Klebaniuk 26 kwietnia 2011, 19:26
No, tak, najmocniej przepraszam, to ta moja koncentracja na tekście ("Loobeensky"). Powinienem był popatrzeć na zdjęcie.

Można by ten dochód nazwać jakoś inaczej. Przy kilkunastoprocentowym bezrobociu i gdy jakieś 90 procent z tych bezrobotnych jest bez zasiłku, brak dochodu go barbarzyństwo. Nawiasem mówiąc większość ludzi pracuje za pieniądze, z których trudno godziwie żyć i to jeszcze większy problem. Wielu z nich jest zmotywowanych, zapracowanych, ale to za mało, bo systemu nie przeskoczą.

Światło rzeczywiście było ważne w "Sztandarze", ale też na tyle dobrze zrobione, że nienachalne, nie domagające się, przynajmniej ode mnie, komentarza. A uwaga o instalacji - jak najbardziej trafna. Sporo tam było malarskości i statyczności, zwłaszcza w pierwszej części. Całość zresztą - zrobiona ze scenek dość luźno ze sobą powiązanych - nie tworzyła typowej teatralnej narracji.

Pozdrawiam :)
przysłano: 25 kwietnia 2011 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca