Teatr

Zderzenie Piękna i prawdy

Widowisko, które w ramach „Różewicza rozrzuconego” przyjechało do Wrocławia znad Morza, dało odbiorcom wiele radości (...) Spektakl Tumidajskiego pokazał, że prawdzie świata post- być może przysługuje mała litera, ale też nie jest ona pozbawiona swoistego piękna.

Tęsknota za obcowaniem ze sztuką wydaje się dziś unikatowa. Egzaltacja pięknem stworzonym przez dawnych mistrzów na tyle rzadko staje się podstawową treścią życia, że trudno w nią uwierzyć. Tadeusz Różewicz za pośrednictwem Jarosława Tumidajskiego i zespołu Teatru Wybrzeże podzielił się tą niewiarą na wrocławskiej scenie. Wyszło to bardzo przekonująco. Nie uwierzyliśmy.

 

Spektakl zbudowany został z jednej strony w oparciu o parodystyczny tekst, z drugiej zaś strony – na żonglerce konwencjami: klasycznego teatru dramatycznego, wodewilu, burleski, rewii mody, spektaklu multimedialnego. Scenografia zasugerowała już na wstępie, że puszczane będzie oko, że cokolwiek się zdarzy poważnego, to do końca poważne nie będzie. Widz witany wizerunkiem gigantycznego członka czy raczej dilda nie uwierzy w grecką tragedię, nawet jeśli autentyczny chór będzie komentował działania protagonisty. Popartowo zwielokrotniona reprodukcja rysunku „Grupy Lakoona” – starożytnej rzeźby, ilustrującej fragment Eneidy, w którym ojciec jest wraz z synami zabijany przez węże morskie, przypomina raczej kiczowatą tapetę niż dzieło sztuki. Po drugiej stronie Dużej Sceny WTW, na której tym razem pomieściła się także widownia, 

znajdujemy fragment „Bitwy pod Grunwaldem”. Na stole – prawdopodobnie w centralnej izbie domu – stoją w wazonie słoneczniki, nawiązujące do słynnego impresjonistycznego obrazu. Ale już wydłużony scena przypomina kształtem wybieg rewii mody, na którym znalazło się nawet miejsce dla tanecznej rury. Na monitorach dostajemy kolejne penisy, hymn „Z ziemi Polskiej do Polski” śpiewany przez jednego z państwowotwórczych bliźniaków, ostrzeżenia przez pedofilami z Internetu i tymi w sutannach, powracające poroża jelenia, a także wiele innych atrakcji, które tworzą kolaż współczesnych medialnych okruchów. Napis pojawiający się już to w formie elektronicznej, już to widniejący na ścianie głosi: „POPISDEAD”, co nie tylko stanowi komentarz do wydarzeń politycznych sprzed kilku lat, ale też, czytany po angielsku, a odsłuchiwany po polsku stanowi bardziej ogólną konstatację dotyczącą, by się oględnie wyrazić, kondycji współczesnego człowieka.


Bohaterami sztuki są pretensjonalni miłośnicy sztuki: rozprawiający o niej uczenie Ojciec (Mirosław Baka), zasłuchana w niego, przejawiająca artystowskie aspiracje Matka (Dorota Kolak) i jej Przyjaciółka (Monika Chomicka-Szymaniak), epatujący przywiązaniem do platońskich wartości, Dziadek (Krzysztof Gordon) i doświadczająca egzystencjalnego kryzysu córka (Dorota Androsz). Rozmowy, które toczą ze sobą są zaprzeczeniem tego, co wiemy o życiu współczesnych rodzin, zaabsorbowanych przyziemnymi, materialnymi sprawami, walką o byt raczej, aniżeli podnoszeniem jakości życia za pomocą estetycznych środków oferowanych przez tak zwaną kulturę wysoką. Problem dla rodziny stanowił na przykład fakt, że podczas wizyty Ojca w Muzeach Watykańskich tytułowa rzeźba została zastąpiona gipsową repliką. I to problem tak wielki, opowiadano o tym po włosku, cytując wystawiennicze objaśnienie, tak jakby powiedzieć wprost było zbyt ciężko (coś na kształt lekarskiej neoplasmy zamiast nowotworu w rozpoznaniu). Przyjaciółka pani domu była „cała roztrzęsiona”, bo „wyobraź sobie, wyszły listy Spinozy”, a najbardziej gorąca plotka dotyczyła zawierającego w swoich dziełach kosmiczną energię w artysty, który „właśnie przeszedł na te, no, pisanki”. Wydarzeniem tragicznym i wymagającym zwrócenia się o niezwłoczną pomoc na zewnątrz wydało się zaś rodzinie to, że Dziadek „stracił wiarę w Piękno”.


Humor Różewicza uderza głównie w pięknoduchów, w tym także w krytyków sztuki, dopatrujących się wszędzie obiektów gotowych odkryć przed nimi sensy i niosących znaczenia. Zwykły gąsior jest dla nich „projektem jakiegoś zawodowego prymitywa amatora”, w którym widzą rzeczy metafizyczne i patriotyczne, na przykład Słowackiego dającego puchar Mickiewiczowi. Gdy żądają od kolegi po fachu, który zakwestionował podstawność ich wywodów, większego zaangażowania, ten w akcie desperacji w widzach dostrzega dzieła sztuki: „grupę zjadaczy chleba” i „grupę aniołów”. Parodystyczny charakter tej sceny podkreślany jest przez dyskotekowe kostiumy krytyków – krawaty z brokatu i futrzane wyłogi ozdobnych marynarek. Jednak najzabawniejsze są popularne tańce wykonywane przez tych estetycznie wysublimowanych, biegłych w języku sztuki, nadgryzionych zębem czasu jegomościów. Popkulturowe tropy wieść mogą między innymi do słynnej erotycznej figury Michaela Jacksona. Zresztą tych nacechowanych seksualnością akcentów jest w sztuce więcej: dres dziadka ma numer 69, a jego wnuczka, później zaś on sam założą koszulki z napisem: „5uck my d1ck”.


Naśmiewając się z pretensjonalnych oderwanych od życia konsumentów kultury Autor zderza ich z codziennością. Pośród subtelnych rozmów odzywają się spuszczanej w toalecie wody, Matka, która nazywa się, tym razem jednak po łacinie, kurą domową, przerywa raz po raz udział w dyskusjach o sztuce, udając się do kuchennych zajęć. Z największą ulgą stwierdza, że wykipiało i „możemy sobie spokojnie porozmawiać”. W innym momencie zapytuje retorycznie: „Dlaczego nie żyjemy w epoce Renesansu. Wszystko wtedy było takie, proste, piękne, jasne”. Gdy zadecydowała, że zostanie malarką, wystąpiła wystylizowana na słynną Meksykankę Fridę Kahlo. Trzymając pędzel niczym papieros w długiej lufce dodawała sobie artystowskiej dekadencji, a pokładając się na stole próbowała odzyskać niewłaściwy gospodyni domowej w kuchennej rękawicy seksapil. W innym momencie własna górnolotna przemowa słowami „krew z krwi, kość z kości” sprowadza ją na ziemię, przypominając o zawartości kuchennego naczynia i potrzebie udania się do domowych zajęć.


Z drugiej strony Ojciec – juror w konkursie, na który „wpłynęło kilkaset tysięcy prac od plastyków-amatorów i amatorów-plastyków” wciąż skłonny jest kolonizować młode pokolenie. Skoro ludzie „nie chcą czerpać ze skarbnicy wartości nieprzemijających”, to lałby im piękno do ust „przez gumową rurkę”. Przemoc kojarząca się z prymitywnym zawłaszczaniem dóbr materialnych i wrogą agresją odzierającą ludzi z godności, tutaj – przewrotnie – uzasadniana jest wyższą koniecznością, wynikającą z obrony wartości. Czy nie jest to trop zbliżający znawców sztuki do znawców polityki, z których najbardziej charakterystycznego widzieliśmy w spektaklu na ekranie?


Różewicz bawi się także współczesnymi przekazami kulturowymi. Gdy Matka mówi „Ludzie pragną piękna jak kania wody”, to budzi skojarzenia z bohaterką jednego z telewizyjnych seriali, przekręcającą przysłowia. Gdy rodzice wraz z dziadkiem, rozważając przyszłość dziewiętnastoletniej córki, podpowiadają: „Możesz jako przedmiot główny wybrać muzykologię, a uzupełniający – urologię”, a przyszła studentka deklaruje: „Pójdę na filologię albo stomatologię klasyczną”, to przypomina się fragment „Wojny polsko-ruskiej…” Masłowskiej, w której jedna z bohaterek planuje zawodową karierę, równie karkołomnie zestawiając zamierzone nabywanie umiejętności. Dziadek, wykazując pochodzący zapewne ze swojego hiperwyestetyzowania pragmatyzm sugeruje, że „stomatologia, nie urologia”, bo „lepiej grzebać w ustach niż w rzyci”. Pod warstwą pięknego ducha kryją się więc jakieś pokłady przaśności.


Mamy też w sztuce zabawy słowem: „curkfonia” poparwiona na „synfonię” przykryta zostaje pierwszymi taktami V Symfonii Bethowena. Piosenka „Czy to pies? Czy to bies?” zaśpiewana i zatańczona przez krytyków parodiuje zaś „Romantyczność” Słowackiego. Zaś „liść na każdym członku” rzeźb w Muzeum Watykańskim na życzenie „Piusa czy Benedyktyna” w polskiej wersji narodowej przybrał formę umieszczenia stanowiących część dzieł sztuki męskich narządów „w aksamitnych pochwach”. Dziadek deklarujący, że z Plutarchem „od dziecka się nie rozstaje”, zaś „wiara w piękność piękna i piękność ludzkości trzyma go przy życiu” wydaje się w swych deklaracjach równie autentyczny, jak filiżanki, które okazały się być przymocowane do spodków i – najwyraźniej puste – są przypadkowo obracane do góry nogami przez aktorki. Dialogi w rodzaju: – Dzidek stracił sens życia. – Czy Grażyna domyśla się całej prawdy ? – są zaś po prostu nieodparcie rozweselające.


Zabawność różnych drobiazgów nagromadzonych przez Różewicza została wydobyta przez zespół aktorski , grający ze swadą, ale i z umiarem, pozwalającym widzowi na własne domyślenia i testującym  wielkość jego kapitału (pop)kulturowego. Wśród aktorów trudno wskazać słaby punkt, ale uwagę zwróciła grająca Córkę Dorota Androsz. Miała do zagrania poszukującą, nie do końca zbuntowaną późną nastolatkę, ale też – zgodnie z zaskakującą logiką akcji – przedzierzgnęła się w którymś momencie w roznegliżowaną i kuszącą tancerkę śpiewającą „I just don’t know what to do with myself” (Po prostu nie wiem, co ze sobą zrobić). Także grupa krytyków (Jerzy Gorzko, Mirosław Krawczyk, Zbigniew Olszewski) dała kilka pokazowych numerów, ożywiających przedstawienie, które za sprawą naszpikowanej kodami kulturowymi i językowymi grami, mogłoby być chwilami nieco zbyt statyczne i zbyt ciężkie. Złamanie go lżejszymi – tanecznymi, muzycznymi i ekranowymi – przerywnikami należy uznać za dobry pomysł reżyserski.


Widowisko, które w ramach „Różewicza rozrzuconego” przyjechało do Wrocławia znad Morza, dało odbiorcom wiele radości. Na widowni zobaczyć można było wielu znanych aktorów, a nawet siedzieć obok atrakcyjnych aktorek. Ironiczne podejście do kultury współczesnej i wyeksponowanie pretensjonalności samozwańczych elit zyskało ich akceptację. W krzywym zwierciadle stworzonym przez spektakl oparty na tekście wrocławskiego pisarza zobaczyli świat, który już nie wróci i za którym nawet nie chce się tęsknić. Niemożliwość traktowania sztuki w tradycyjny sposób nie oznacza jednak jej marginalizacji czy upadku. Spektakl Tumidajskiego pokazał, że prawdzie świata post- być może przysługuje mała litera, ale też nie jest ona pozbawiona swoistego piękna.


Jarosław Klebaniuk

 

 

 

G®UPA LAOKOONA. Reżyseria i opracowanie muzyczne: Jarosław Tumidajski.
Na podstawie tekstu Tadeusza Różewicza.

 

Scenografia i video: Mirek Kaczmarek. Ruch sceniczny: Anka Jankowska.
Obsada: Mirosław Baka, Monika Chomicka-Szymaniak, Krzysztof Gordon, Jerzy Gorzko, Dorota Kolak, Miroslaw Krawczyk, Dorota Androsz, Zbigniew Olszewski.

 

Teatr Wybrzeże w Gdańsku. Duża Scena Wrocławskiego Teatru Współczesnego.
Premiera: 17 marca 2007.
12 czerwca 2011

Zdjęcia


Jarosław Klebaniuk

Jarosław Klebaniuk

53 Wrocław
77 artykułów 2 teksty 54 komentarze
W pracy naukowej zajmuję się postawami politycznymi. Poza tym działam społecznie w redakcji portalu Lewica.pl. Pisuję też recenzje i teksty publicystyczne. Prowadzę blog w portalu NaTemat. W "Akcencie", "Frazie", "Kresach" i "Lampie" publikowałem…


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
przysłano: 27 grudnia 2010 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca