Alkohol w roli głównej – bohater pozytywny czy negatywny?

Zazwyczaj włączamy sobie film z dwóch powodów – albo chcemy przeżyć miły wieczór z drugą połówką lub kuflem piwa, albo na moment przeżyć coś innego niż swoje codzienne życie i zatopić się pośród pikseli wewnątrz prostokątnej ramy na obrazy. No i można się zainspirować, zobaczyć coś z innej perspektywy – nic więc dziwnego, że zwykle utożsamiamy się z którymś z bohaterów albo wręcz przeciwnie, cieszymy się, że tacy nie jesteśmy. Ale jest taki bohater, który zagrał już niezliczoną ilość ról, i choć w normalnym świecie mało kto chciałby stworzyć z nim przyjaźń na długie lata – w filmach to już co innego.

„Martini wstrząśnięte, niezmieszane”

To jeden z najsłynniejszych cytatów w historii kina. James Bond i jego ulubiony drink – przepis podany przez samego Ian Fleminga, czyli gin, wódka i likier lillet. Dość nietypowo, bo tradycyjne martini to tylko dwa składniki i to zmieszane, a nie wstrząśnięte. Dlaczego więc agent MI6 składał tak indywidualne zamówienie? Na to pytanie odpowiada ekspert portalu kalibracja-alkomatu.pl: „Jeśli nie zmieszamy takiej mikstury, tylko nią wstrząśniemy, to lód rozpuści się szybciej, dzięki czemu alkohol będzie w znacznie mniejszym stopniu uderzał do głowy, co w pracy szpiega bez wątpienia bywa całkiem przydatne – szczególnie, jeśli trzeba uratować świat”. Trzeba jednak przyznać, że Bond w wykonaniu Daniela Craiga czasem olewał system, bo w „Casino Royal” - załamany po przegraniu kilku milionów stwierdził, że ma gdzieś, czy jego drink będzie wstrząśnięty czy zmieszany, a w „Spectre” zamówił po prostu... piwo.

A teraz zapnijcie pasy

Co by nie mówić o alkoholowych upodobaniach Bonda, legendarny szpieg pijał dość dostojnie i raczej nie tracił przy tym głowy. Co innego bohaterowie amerykańskich filmów o królach nocy, którzy wlewają w siebie więcej alkoholu niż na wiejskim weselu, aby następnego dnia przypominać sobie, kim są. Czyli na umór, bez trzymanki. Kompas moralny? Szczęśliwie rozregulowany, niczym kompas w kieszeni Jacka Sparrowa, który zresztą też nie wylewał za kołnierz. Kalibracja alkomatu? Przyda się, bo wyniki testu są nie do wiary. Brzmi naprawdę grubo? Klasykiem w tej kategorii jest „Kac Vegas” - krótka historia czterech kumpli, którzy spędzają huczny wieczór kawalerski jednego z nich, zatapiając się w Mieście Grzechu, a kiedy budzą się między kurą i tygrysem, orientują się, że przyszły pan młody zniknął, a oni z poprzedniej nocy nie pamiętają niczego.

Na smutno czy na wesoło?

W filmach wszystko jest możliwe – bójki w barach są super, bo główny bohater i tak raczej w nich nie ucierpi, jak choćby we wspomnianych już „Piratach z Karaibów”. Zwycięzca pojedynku na to, kto wypije więcej, rzadko kiedy stacza się pod stół – w końcu jest zwycięzcą, jak dziewczyna Indiany Jonesa w filmie „Poszukiwacze zaginionej Arki”. A pisarz-alkoholik jest lepszym twórcą niż pisarz-abstynent, jak Paul Kemp – bohater filmu „Dziennik zakrapiany rumem” - niezrealizowany literat, który na portorykańskiej wyspie docenia właściwości rumu i dostaje prawdziwie kreatywnego kopniaka. Szczęśliwie? Raczej na smutno.

Zdrowie!

Ale wróćmy do Polski – w końcu to tutaj podobno pije się dużo i często, więc i w filmach – które są krzywym zwierciadłem rzeczywistości – ten motyw przelewa się równie często i w równie dużych ilościach. Gdzieś mimochodem w tle, gdzieś indziej w naszym własnym kieliszku. Picie w polskiej kinematografii jest raczej refleksyjne i zazwyczaj smutne – a bywa i ciężkie jak betonowe niebo tuż nad głową, jak w filmie „Pod mocnym aniołem” Jerzego Smarzowskiego. Filmie o pisarzu, który zakochuje się w pewnej kobiecie, i który na mocy tego uczucia próbuje zgubić miłość do alkoholu. Ale, ale! Nie zawsze jest tak poważnie – czasem poważne refleksje ubrane są w dość luźne stroje – taki na przykład „Testosteron”, czyli opowieść o facetach, którzy spotykają się na weselu, którego nie ma i raczą się alkoholem przygotowanym przez niedoszłego organizatora. Mniej lub bardziej obcy sobie panowie „przy wódeczce” opowiadają o swoich porażkach i skucesach. Wódka connecting people to motyw prosto z życia, który na ekranie, widziany z boku i podkreślony jest jeszcze bardziej tragiczny lub jeszcze bardziej komiczny.

A więc bohater pozytywny czy negatywny? Jak w życiu – co za dużo to nie zdrowo, ale na ekranie im więcej, tym w sumie ciekawiej – bo bardziej nieprzewidywanie.


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
przysłano: 6 kwietnia 2017


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło