Pomarańcza


Dojrzewają wśród liści w południowym kimacie. wylegują się na gałęziach, bawią się w chowanego ze słońcem. Wiszą leniwie, aż jakaś brudna, spocona dłoń zerwie je i brutalnie wrzuci do wiklinowego kosza. Od tej chwili tkwiąc w ciemności rozpamiętują smak wiatru i delikatne muśnięcia liści. Tracą rachubę czasu, są skołowane, boją się. Z krzykiem przesypują się z kosza na gumową taśmę, która coraz bardziej oddala je od matczynych drzew. Są myte, sortowane, zamykane w pomarańczowych siatkach z dużymi oczkami. Dużo powietrza na pocieszenie i umilenie długiej podróży. Wrzucone do drewnianych skrzyń, są transportowane i rozkładane na stoiskach wielkich, obcych supermarketów. Jak mają szczęście trafiają do małych przytulnych bazarów w egzotycznych - dla nich - krajach. Leżą tam potem bezczynnie, są tak znudzone, że cieszą się na widok wyciągniętych w ich stronę rąk, chociaż wiedzą jaki czeka je los. Te wyciągnięte ręce to między innymi moje ręce. Wybieram dwie siatki bardzo dojrzałych, soczystych pomarańczy i idę do kasy. Kod, pieniądze, reszta, myśl o kąpieli. W domu rozkładam je wszystkie na blacie kuchennym i sprawdzam ich wielkość. Kilka obrażonych na mnie owoców spada na podłogę próbując ucieczki. Toczą się bezwładnie szukając schronienia pod stołem, krzesłem. Nawet próbują wcisnąć swoje rozkrojone krągłości pod szafkę kuchenną. Bez pośpiechu, wręcz w zwolnionym tempie, zbieram je z podłogi wkładam do zlewu. Obmywam je wodą i wycieram białym płótnem. Oglądam pod światło porowatość skórki, pomarańczowość koloru, podrzucam do góry badając tor lotu. Długim, ostrym nożem rozpoczynam zbiorową pomarańczową egzekucję. Rozcinam kolejne na pół, pozwalając wyciekać pomarańczowości na podłogę. Jeszcze kilka szybkich ruchów i pozostałe pomarańcze już nie stanowią okrągłych jedności. Układam wszystkie warstwami w misce i zanoszę je do łazienki. Siadam w pozycji lotosu na środku czworokątnej wanny i wyjmuje z miski jedną połówkę pomarańczy, starannie, z namaszczeniem, wyciskam z niej sok. Robię to samo z drugą, trzecią, czwartą. Zgniecione resztki z wystającymi fragmentami miąższu wrzucam do wody. Unoszą się chwilę w wodzie niczym meduzy. Po chwili zamierają w bezruchu na dnie. Część walczy, unoszą się pustym wnętrzem do góry jak flota straceńców. Po tym chirurgicznym zajęciu woda nabiera pomarańczowego koloru i pachnie tym kolorem. Zanurzam w tej aromatyzowanej wodzie gąbkę do mycia. Jeszcze niedawno mieszkała na rafie koralowej u wybrzeży mniej znanego przeze mnie atolu. Nie wiem czy była zadowolona z nowego życia, nie interesowało mnie to. Była dla mnie tylko przedmiotem, nie miałem do niej żadnego stosunku emocjonalnego. Nie przywiązywałem się do rzeczy, które kiedyś żyły. Inaczej z rzeczami martwymi od samego początku. Do nich się przywiązywałem. W przypadku takiej gąbki, nie chciałem obudzić się pewnego dnia zlany potem, z myślą, że ją zabiłem, że pozbawiłem życia jakąkolwiek biedną istotę - o ile była istotą. Nie miałem ochoty na dłuższe dywagacje, w końcu chciałem się tylko wykąpać i porządnie wyszorować porowatą gąbką. Trzymałem ją pod wodą i ściskałem, aby uwolnić zgromadzone w jej porach powietrze. Podwodne gejzery wyrzuciły nad powierzchnię spokojnej tafli wody pomarańczowo pachnące bąbelki w kształcie idealnych pomarańczy. Ciężką od wody gąbką wytarłem dłonie - całe dłonie. Wierzch, spód, ścierałem zgromadzony od rana brud i zmartwienia. Zanurzyłem ją ponownie w pomarańczowej wodzie, wycisnąłem powietrze i rozprostowując palce pozwoliłem nabrać jej nowej porcji hadwao. Przesączoną zapachem pomarańczy gąbką zacząłem ścierać martwy naskórek z lewej ręki. Zatrzymałem się na wysokości ramienia, a dokładnie zatrzymał mnie delikatny, a zarazem szybki dotyk gąbki. Gąbki? Sam się zdziwiłem i zatrzymałem ją w miejscu, aby dokładnie poczuć skrobanie. Pomarańczowo pachnąca gąbka wykorzystała sytuację, i zaczęła wypuszczać korzenie, aby zadomowić się na moim ramieniu. Pierwsze krople krwi wyrwały mnie ze zdziwienia. Z cichym jękiem oderwałem ją ode mnie i wrzuciłem pod wodę. Na szczęście nie wymagało to wielkiej siły. Złapałem ją obiema rękoma i zanurzyłem głęboko, aż poczułem dno wanny. ściskałem ją rytmicznie pozbawiając ostatniego tchu. Ponownie martwą, ale wypłukaną, odłożyłem na półkę. Nie miałem żadnych wyrzutów sumienia bo jak co wieczór ożyje znów pod wpływem wody. Wyjąłem korek pozwalając wypłynąć pomarańczowemu zapachowi. Wyszedłem z łazienki i poczułem metaliczny zapach zbliżającego się snu...

artur trzebiński

42 lata
3 artykuły 7 tekstów 10 komentarzy
kilka słów

Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
przysłano: 26 lipca 2003


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość


lub tradycyjnie
login lub email
hasło