Sztuka

Kultura masowa a kultura popularna

Po wielu latach opozycja kultury niskiej i kultury wysokiej odchodzi do lamusa. W takim razie co nam pozostaje?

 

 

 

Europa uwielbia dualizmy i wewnętrzne napięcia, tak więc gdy tylko stwierdzono pojawienie się kultury popularnej, potraktowano ją jako głupszą, sprzedającą się siostrę kultury wysokiej. Im dłużej jednak, ostatnimi czasy, obie te kultury flirtowały ze sobą i wymieniały się kochankami, tym wyraźniej było widać, że nie stoją wobec siebie w opozycji, a granica pomiędzy jest potwornie płynna. Krytyka kultury niskiej, która potem potrafiła przerodzić się w kulturę wysoką (ja to się stało np. w przypadku Sienkiewicza czy Tolkiena) na przestrzeni lat mogła doprowadzić naukowców do schizofrenii. Poza tym koniec końców okazało się, że kultura popularna otacza nas właściwie ze wszystkich stron i nie do końca wiadomo, co powinniśmy z tym wszystkim zrobić.

Pod koniec XX i na początku XXI wieku odnaleźliśmy się w sieczce kultur: wysokiej, ludowej, ale i popularnej, masowej, czy niskiej, którą przez długi czas nauka starała się nie zajmować (poza poddawaniem jej krytyce ex definitione). W momencie najostrzejszej globalizacji kultury (kiedy na przestrzeni bardzo krótkiego czasu zostaliśmy zalani przez kulturę Amerykańską, zyskaliśmy wolność słowa i zaczęliśmy wątpić w zdobycze socjalizmu) pogubiliśmy się zupełnie w terminologii i próbach obiektywnego opisu kulturowej rzeczywistości. W dużej mierze chaos ten trwa po dziś dzień – dla większości osób kultura masowa i popularna to to samo, naukowcy natomiast widzą różnicę – nie do końca jednak potrafią ją wskazać i opisać.

Właściwie zajmując się tym problemem powinienem przywołać pełną historię kultury popularnej, próby jej definicji i wyniki najnowszego dyskursu. Lecz, jako że problem jest bardzo skomplikowany, zajęłoby mi to wiele stron i mogłoby spokojnie przekształcić się w poważną pracę naukową. Pozwolę sobie zostawić ten temat do ewentualnego użycia w przyszłości. Jestem jednak pewien, że problemem tym zajmą się dużo lepsi ode mnie, tworząc interesujące antologie, dzięki którym będzie można lepiej poznać sytuację, w jakiej się znaleźliśmy.

W tym miejscu chciałem głównie opisać teorię, którą Mariusz Kraska zaproponował w swoim artykule Kultura popularna czy masowa?, a która pozwala spojrzeć na konflikt z zupełnie innej perspektywy. Choć oczywiście i tu nie obejdzie się bez dychotomii.

Otóż Mariusz Kraska proponuje rozróżnić współczesną kulturę na masową i popularną. Oba te przejawy miałyby być zupełnie rozłączne i na wielu płaszczyznach opozycyjne (choć także by się wzajemnie dopełniały w sensie społecznym). Moim zdaniem ciężko jest jednak mówić o opozycji kultury masowej do kultury popularnej, skoro nie do końca potrafimy rozróżnić te dwa terminy. Łatwiej będzie nam mówić o kulturze pasywnej (= popularnej) i aktywnej (= masowej), bo właśnie w tej opozycji miałaby tkwić oś symetrii.

Mamy więc do czynienia ze współczesną kulturą, pozbawioną ograniczeń regionalnych czy ilościowych (oczywiście poza pewnymi wyjątkami). Przykładem takiej kultury może być muzyka, albo serial, który co prawda powstaje i jest emitowany w jednym miejscu, ale w bardzo podobnym czasie cały świat ma o niego dostęp. Również możemy tutaj mówić o serwisach i stronach internetowych (w tym oczywiście o Wywrocie), ale też o prasie papierowej, która co prawda jest regionalna, ale ma swoje odpowiedniki na całym świecie (np. Fakt, Popcorn, Newsweek czy Mama i ja). Każdy z wytworów współczesnej kultury teoretycznie może dotrzeć do zdecydowanej większości odbiorców. Niszowość projektu czy jego obiektywna wartość artystyczna nie ma w tym wypadku znaczenia, równie popularny może się stać profesjonalny film artystyczny jak i amatorska animacja. W tym sensie nie ma jakościowej różnicy między Allegro Bacha a Keine Grenzen Ich Troje. Oba dostępne są w stosunkowo dobrej jakości dla dowolnego użytkownika Internetu jako kopie binarne, możliwe do ściągnięcia w przeciągu paru minut.

Współczesna kultura dzieliłaby się natomiast na dwie odmiany – aktywną i pasywną, które współistnieją rządząc się swoimi prawami i konwencjami. Mariusz Kraska wyróżnił je w sposób następujący: kultura pasywna (popularna) to statyczność, spójność, hierarchiczny układ wartości, nacisk na treść, jednogłosowość, dominacja funkcji perswazyjnej. Natomiast kultura aktywna (masowa) to: dynamiczność, segmentacja, relatywizm wartości, nacisk na styl, dialogiczność, dominacja funkcji fatycznej.

Dzięki takiemu podziałowi nie musimy brać pod uwagę ilości odbiorców ani poziomu artystycznego wytworów kulturowych. Wystarczy, że skupimy się na innych funkcjach i ich charakterze. Kultura pasywna byłaby w tym wypadku kulturą konserwatywną, serwującą odbiorcom elementy i wytwory, które już lubią i dokładnie znają. Mogą to być na przykład kolejne kryminały, teleturnieje, filmy oparte na znanej i rozpoznawalnej konwencji (James Bond i tym podobne), większość muzyki jaką usłyszymy w radiu. Telenowele i seriale familijne, prasa brukowa. To wszystko już znamy i nie wprowadza to do naszego życia niczego, poza chwilą przyjemności. Podobnie wszystkie odgrzewane kotlety z zakresu kultury popularnej i nie tylko, takie jak np. oglądana po raz kolejny Seksmisja czy Rejs. W tych wypadkach możemy mieć pewność, że nic nas nie zaskoczy, ale również nie usłyszymy niczego, czego byśmy już nie wiedzieli. Nie padnie żaden nowy argument, nic nas nie zaskoczy. A w większości przypadków będzie ustandardyzowane, dopasowane do zbiorowego odbiorcy w każdym wieku i każdej płci.

Inaczej sytuacja ma się w przypadku kultury aktywnej. Patrząc od strony odbiorcy, jest to kultura, którą sami aktywnie wyszukujemy. Kultura odmasowiona, skierowana do wąskiego kręgu odbiorców. Czy to regionalnego, czy to tematycznego. I tak, na przykład, muzyka niszowa, która nigdy nie cierpiała na nadmiar fanów, operuje w tej chwili silną i stabilną grupą odbiorców z całego świata czy wspólnego obszaru językowego. Podobnie może być w przypadku dentystów lub miłośnikami szachów. W obrębie kultury aktywnej jest miejsce na dyskurs, rozwój i dialog. Dzięki nowym technologiom mogę zostać odbiorcą skierowanej do mnie kultury aktywnej jako hodowca mrówek, miłośnik kuchni fusion czy wielbiciel Bono. Nawet zaspokajanie najmniejszych potrzeb, wybranie jakiejkolwiek opcji plasuje nas w danej grupie odbiorców. Mówiąc obrazowo, stajemy się potencjalnymi odbiorcami w momencie, kiedy wpisujemy dowolne hasło w Google i otrzymujemy dzięki temu jakiś produkt – informację, pliki, czy ofertę kupna.

Tak więc stykamy się ze współczesną kulturą na dwóch głównych platformach – ujednoliconej, dostępnej dla wszystkich „przyjemnej papki” i idealnie spersonalizowanych elementów. Dzięki temu możemy aktywnie uczestniczyć we wspólnej, zrównanej do najniższego wspólnego mianownika światowej kulturze, zaspokajając jednocześnie swoje wyjątkowe potrzeby i kreując niepowtarzalnego odbiorcę o spersonalizowanej playliście. W rezultacie każdy posiada indywidualny gust muzyczny, ale przeglądając zbiory znajomych odnajdziemy wiele podobnych tytułów, które w zasadzie podobają się wszystkim. Dzięki temu mogą powstawać serie w rodzaju „Klasyki XX wieku” w kolekcji Gazety Wyborczej. Na ile jednak takie rozwiązanie jest dla nas satysfakcjonujące? Na ile konstruowanie własnej świadomości i zainteresowań poprzez wybór kolejnych pozycji ze zbioru pozwoli nam utrzymać własną indywidualność? Na ile faktycznie zaspokoi to naszą potrzebę indywidualizmu?

Warto w tym miejscu zastanowić się, jak i na ile Wywrota – a w zasadzie prezentowane na jej łamach utwory – zaspokajają nasze potrzeby (i na ile zaspokajają potrzeby redaktorów). Jakie prace są wyróżniane, a jakie nie zostają dopuszczone do publikacji? Na ile przyjemność sprawia nam czytanie tekstów, które w swojej naturze są dość skonwencjonalizowane a na ile potrzebujemy i umiemy odnajdować spersonalizowane dla nas utwory (szukając na przykład po autorze)? Może tylko lubimy się czuć wyjątkowo, a tak naprawdę jesteśmy w stanie docenić tylko te filmy, które już znamy?
 

 

nF

Paweł Leszczyński nF premium

39 Warszawa
79 artykułów 90 tekstów 659 komentarzy
Wskaźnik aktywności: 28%. Czego szuka w internecie: 1) miłości: 0%; 2) przygotnych związków: 2%; 3) przyjaźni: 1%; 4) Zrozumienia: 69%. Wskaźnik rotacji należności: 3. Kryteria kwalifikujące: RZS, F1, WKN:15. animator kultury, filozof


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
Marsyn
Marsyn 8 marca 2009, 11:50
Ciekawa koncepcja, ale się z nią nie zgadzam. Wg. mnie termin kultura jest obecnie nadużywany. Nie każdy wykwit myśli ludzkiej można tak nazwać. Czy "aktywnym szukaniem" kultury będzie polowanie na najnowsze produkcje pornograficzne? Czy "idealnie spersonalizowanym elementem" będą specyficzne filmy z ludźmi w lateksowych ubrankach? Odbiorca z pewnością będzie "wyjątkowy". Patrząc na zainteresowanie taką tematyką oraz fakt pojawiania się porno gwiazdek w filmach dla masowego odbiorcy, można je śmiało uznać za element kultury masowej/popularnej. Czy jest to więc punkt styczny kultury popularnej i offu, czy kultury dla garstki "elity intelektualnej"? Nie sądze. Kultura wysoka zaczęła mówić językiem kultury popularnej czy masowej, ale ten podział istnieje i dalej będzie. Będzie mimo tego, iż posiadanie wyższego wykształcenia nie świadczy już o byciu inteligentem. Są jednak osoby, które omijają na swoich codziennych playlistach łatwostrawną muzykę i film, a sztuka wizualna to dla nich coś innego niż komiks, grafika komputerowa i łatwiejsza w odbiorze animacja. Osoby takie wolą pójść do teatru niż aktywnie szukać japońskiego anime, czy najnowszych seriali nie emitowanych jeszcze w Polsce. Wolą przejść się na koncert jazzowy, muzyki współczesnej czy klasycznej niż oglądać biernie dyskotekę w Operze Leśnej. Zwykle jest to parę procent społeczeństwa, ale dzięki ich obecności kultura może iść do przodu nawet w prostrzej formie, np. ambitniejszych zespołów rockowych (rock progresywny, matematyczny). Entuzjaści takich form ekspesji są przygotowani do odbioru bardziej skomplikowanych treści. Posiadają wiedzę na pewien zlożony temat. Kultura popularna/masowa tego raczej nie wymaga - chyba, że bierzemy pod uwagę znojomość wcześniejszych odcinków serialu czy bestiariusza danego rodzaju gier komputerowych. Nie chodzi mi o kategoryzowanie wyższych czy niższych gustów, ale wydaje mi się, że są i będą ludzie znudzeni tym co banalne. Kultura wysoka będzie więc dalej istnieć - choć będzie docierać do mas w uproszczonej postaci. To taki pierwszy stopień wtajemniczenia - wzbudzenie głodu, którego nie zaspokoją już piosenki pana Wiśniewskiego, ale Bacha tak ;) Kategorie aktywnego szukania i biernego odbióru nie opisują zadowalająco rzeczywistości. Co z lekcjami muzyki, na których większość młodzieży "jest zmuszana" do odbioru klasyki? Robią to biernie, natomiast aktywnie szukają tanecznej elektroniki, która jest przygotowana dla mas.
nF
nF 8 marca 2009, 15:04
Jeśli mówię, że jakiś termin jest nadużywany, mam na myśli, że jest używany powszechnie na zasadzie powtórzeń, kalki językowej, bez namysłu w odniesieniu do większego lub mniejszego kręgu znaczeń. W tym sensie "kultura" nie jest nadużywanym terminem. Faktem natomiast jest, że dość często pojawia się w dyskursie publicznym, nic w tym dziwnego, integracja kultury jest bardzo ważnym problemem.

Nierozstrzygalna jest również kwestia, co możemy nazwać kulturą, szczególnie jeśli mowa o jakimś zdroworozsądkowym podejściu. Alfred Kroeber i Clyde Kluckhohn podali w swojej pracy z 52 roku 168 definicji słowa "kultura', a od tamtego czasu jest ich dużo więcej. Ja odnoszę się do głównej, najbardziej rozpowszechnionej definicji, wedle której kultura to ogół wytworów ludzi, zarówno materialnych, jak i niematerialnych: duchowych, symbolicznych (takich jak wzory myślenia i zachowania). Więc film porno będzie takim samym wytworem (dziś: produktem) kultury jak odczyt naukowy, nawet jeśli występują w nim laski z dwoma pochwami.

Faktycznie powinienem wytłumaczyć się z tego aktywnego wyszukiwania kultury, ponieważ to zbytnie uproszczenie. Chodziłoby tutaj o aktywne poszukiwanie elementów, które mogą nas zainteresować. Rozwijanie i definiowanie swoich gustów. Przy czym takie rozwijanie się jest ułudą, bo koniec końców wybieramy jakąś postać o zero-jedynkowych zainteresowaniach, która to lubi, a tego nie lubi i na tym polega jej komplikacja. Filmy porno są tutaj świetnym przykładem dla personalizacji odbiorcy. Otóż oglądając filmy na redtube i oceniając je, będziemy tworzyli swój indywidualny profil widza. Możemy na przykład preferować filmiki ze szczątkową fabułą, o określonych ujęciach, z określonym natężeniem brutalności, płcią i ilością aktorów itp., nie wspominając o specyficznych dewiacjach seksualnych. Oczywiście możemy mieć parę różnych ulubionych rodzajów pornografii, ale nie zmienia to faktu, że w pewien okrężny sposób oglądamy filmy właśnie przeznaczone dla nas. Nie z imienia i nazwiska, ale z preferencji. Jeśli popatrzymy od strony Google, to od numeru IP.

Widzę też, że mieszasz znaczenie kultury masowej i popularnej. Na to właśnie zwracałem uwagę, ponieważ nie do końca można rozmawiać używając tych terminów i nie definiując ich. Ponieważ według mnie filmy porno mogą być filmami z kategorii kultury masowej lub popularnej, zależnie od produkcji, a wykorzystywanie aktorów porno w filmach nie-porno o niczym nie świadczy, tak jak robinie sesji ładnych aktorek w Playboyu.

Właśnie nie jestem przekonany, czy podział na kulturę niską i wysoką cały czas istnieje. Raczej jestem przekonany, że w tych kategoriach nie można niczego opisać. I tu nie chodzi tylko o to, że kultura popularna staje się wszechobecna. Ale o to, że kiedyś Bach, Szekspir, Dumas, Sienkiewicz tworzyli właśnie kulturę popularną, a teraz postrzegani są jako twórcy kultury wysokiej. A raczej byli postrzegani, jeśli chcę być konsekwentny.

Wydaje mi się, że opisując osoby preferujące według Ciebie kulturę wyższą są mniej więcej tymi, których ja nazwałem odbiorcami głównie kultury masowej (=aktywnej). Choć nie do końca to wynika, bo zrównanie jazzu czy klasyki czy teatru jako kultury wysokiej do niczego nie prowadzi. Podobnie zaszufladkowanie animacji i anime jako kultury niższej. Stopień zaawansowania wynika jednak z samej struktury kultury popularnej i kultury masowej. W przypadku kultury popularnej (=biernej) równamy do najniższego wspólnego mianownika, tak więc nie powiemy niczego, co mogłoby sprawić, że osoba dla której discopolo to sposób na życie, nie nadąży za rozwojem akcji. Jednak redefiniując grupę odbiorców do np. studentów z wykształceniem muzycznym, będziemy poruszali się na zupełnie innym poziomie. Oczywiście oznacza to również, że inaczej kształtuje się relacja producent-odbiorca, ale to już inna kwestia.

Warto na koniec zatrzymać się przy jednej rzeczy, a mianowicie przy "głodzie kultury", który odczuwamy (a którego zaspokajanie jest jedną z definicji właśnie odbiorcy masowego). Czy schlebiając mu, nie mamy właśnie ambicji ułożyć tej układanki, której oddzielne kawałki to nasze preferencje i potrzeby kulturalne, a całość powinna złożyć się w jedną, niepowtarzalną osobowość?
Marsyn
Marsyn 12 marca 2009, 21:07
Dalej się z Tobą nie zgadzam. Wydaje mi się, że "głód kultury" mylisz z uczuciem fizycznym i przez ten pryzmat patrzysz na całą tematykę. "Głód kultury" nie zaspakaja jedynie podstawowych potrzeb tj. rozrywka, którą można porównać do jedzenia. Celuje on wyżej, choćby w potrzebę rozwoju, która jest drogą do szacunku i uznania, ale też samorealizacji. Tylko zaspakajając potrzeby wyższe twory kultury mogą być czymś więcej niż chwilą uśmiechu, chwilą poruszania biodrami w rytm muzyki lub chwilą ekscytacji z odnalezienia czegoś bardzo rzadkiego.

Myślę, że kategorie kultury aktywnej i biernej są atrakcyjne jedynie jako pewna nowość, inny sposób spojrzenia na pewne zjawiska. Fakt, że ktoś je zdefiniował i próbuje nimi operować, nie świadczy o ich trafności. Z tego co piszesz, widzę, że nie są one w stanie opisać rzetelnie rzeczywistości. Zmienił się tylko punkt ciężkości. Zamiast mówić o wartości jakiegoś zjawiska samego w sobie (kultura wysoka czy niska), stopniu jego popularności (niszowa czy popularna) czy sposobu rozpowszechniania i standaryzacji (czy jest już masowa?), kładziesz nacisk na odbiorcę. Tak więc nie dzieło i twórca są istotne, nie fakt wystawiania jego sztuki w kameralnym teatrze lub na dużej scenie, oraz nie fakt ewentualnej transmisji w telewizji. Istotne jest to czy widz znajdzie informacje o tej sztuce sam, czy ktoś mu je podsunie. Wtedy jest to dobre, albo złe. Widz staje się więc ważniejszy od autora, którym sam się interesuje. Przestaje być istotne działanie twórcy, bo na jego miejsce wkraczają preferencje odbiorcy, czy może raczej już konsumenta. Według mnie tymi kategoriami nie da się mówić o kulturze, ale świetnie pasują do marketingu.

W marketingu liczą się wartości materialne, a nie intelektualne czy moralne. W takiej sytuacji codzienne playlisty i tworzone z nich rankingi popularności - jak choćby last.fm, są cudowne. Dostarczają konkretnych danych, na których podstawie można wytwarzać kolejne produkty idealnie dopasowane do odbiorców: 5 000 fanów popowego punka w wieku gimnazjalnym o pochodzeniu wschodnioeuropejskim, czy do 1 000 000 azjatek w wieku produkcyjnym szukających chwili odpoczynku przy romansidle. Gdy się wysilić zarobi się nawet na 40 Kaszubach wywianych z Pomorza na Mazowsze w latach 2005-2009. Jedynym pytaniem zostaje: skąd czerpią informacje o swoich ulubieńcach i jakie cechy mają ci ulubieńcy.

Dla mnie jest to zbyt duże uproszczenie, wręcz zachłyśnięcie się tematyką mediów w dyskursie dotyczącym procesów zachodzących w kulturze. Każde nowe medium miało ogromny wpływ na popularyzację i utrwalanie efektów pracy twórczej. Nie powinno ono jednak decydować o jego wartości intelektualnej, nie powinno też prowadzić do zaprzestania rozróżniania tej wartości jak proponujesz za Mariuszem Kraską.

Trochę śmiesznie wypominasz mi mieszanie terminu kultury popularnej i masowej. Sam ich definicji ani w artykule ani w komentarzu nie podajesz - wręcz od tego uciekasz, ale tymi terminami dzielnie wojujesz. Aby było śmieszniej wprowadzasz dodatkowo te pojęcia w ujęciu pana Kraski i robi się zupełny mętlik. Wynika on chyba z pewnych błędów intelektualnych, sofizmatów lub dążenia na siłę do nowego, obalania starego. Dla przykładu: uważasz, że Bach, Szekspir, Dumas, Sienkiewicz są w kręgu kultury pasywniej. Jak piszesz: "Kultura pasywna byłaby w tym wypadku kulturą konserwatywną, serwującą odbiorcom elementy i wytwory, które już lubią i dokładnie znają". BŁĄD - nie rozróżniasz pojęcia kanonu i gustów odbiorców. Łączysz je, a w konsekwencji do tego samego nurtu kultury pasywnej zaliczasz kryminały, teleturnieje, Jamesa Bonda. Podobne zabawy intelektualne robiono w PRL'u. Wydawcy książek zastanawiali się nad treścią wprowadzenia i posłowia do dzieł rodzimych klasyków. Wieszcze pisali na królewskich dworach i "obiektywnie byli wrogami ludu". Władza nie miała jednak, aż takiej siły przebicia by się ich wyprzeć. Kategoriami marksizmu próbowano więc ułomnie opisać zastaną rzeczywistość. Podobnie ułomne jest pojęcie kultury pasywnej i aktywnej.

Jeśli chodzi o popularność Bacha, Szekspira... kultura wysoka miała kiedyś duże wzięcie i stanowiła rozrywkę dla ludzi z wyższych sfer, potem inteligencji. Zaspakaja ona potrzeby wyższego rzędu i wymaga pewnego wysiłku. Fakt, że obecnie lepiej sprzedaje się prostota i można w niej przebierać, wcale nie likwiduje kultury wysokiej.

Aktywne wyszukiwanie kultury, rozwijanie i definiowanie swoich gustów nie jest niczym przełomowym. Istniało przecież zawsze, choć może nie było takich możliwości jak w dobie zachwytu nad Internetem. Pasują dobrze jako pojęcia uzupełniające dyskurs o kulturze, ale nie jako burzące „dawny porządek”. Gdyby pojęcie kultury aktywnej i biernej wyparło inne, język dialogu stałby się ubogi. Rzeczywistość byłaby na siłę wciskana w zbyt małe pojemniki pozostawionych kategorii. Może ludzie odczuwaliby czegoś brak, ale nie umieliby sprecyzować czego. Zupełnie jak w "1984" Orwella :)
nF
nF 13 marca 2009, 20:00
Oczywiście, że głód kultury rozumiem przez analogi do głodu, chociażby z definicji, czy z nawiązania do piramidy potrzeb Maslowa. Natomiast ani tej kwestii nie poruszam, ani nie ma to znaczenia, na jakim poziomie, tudzież jaka jest kultura, której potrzebujemy (oraz dlaczego konkretnie właśnie takiej potrzebujemy). To, że jeden potrzebuje słuchać Bacha a inny Ich Troje, spokojnie moim zdaniem można porównać do tego, że jeden pije dojrzałe wina markowe, a drugi jabole. Niekoniecznie celem obcowania z kulturą jest przeżywanie estetycznego uniesienia. Na swoim przypadku mogę również powiedzieć, że muzyka Bacha sprawia mi podobną przyjemność co oglądanie Soutch Parku i jest dla mnie podobnie rozwojowa. Czy w ogóle obcowanie z kulturą jako taką może oznaczać jakikolwiek rozwój? Nie jest to wcale jednoznaczne, Moim zdaniem rozwój i kształtowanie osobowości przebiega równolegle do bycia w kulturze, do uczestniczenia w dialogu. W przypadku felietonu byłby to rozwój w oparciu o konkretne elementy kultury, a w zasadzie bazujący na nich podobnie, jak naukowiec ocenia siłę swojego intelektu bazując na posiadanej wiedzy.

Oczywiście stosując pewne terminy i definicje proponuję pewien - na pewno nie ostateczny - wizerunek świata. Bardzo ważne jest dla mnie również to, że ta kategoryzacja zdaje mi się właśnie dość dobrze opisywać rzeczywistość. Nie wiem, gdzie miałyby się ukryć argumenty przeciwne. Właśnie istotne dla mnie jest, że innymi kategoriami nie bardzo można obciąć dzisiejszą kulturę. Szczególnie mówienie o jej obiektywnej wartości jest - moim skromnym zdaniem - błędem.

Nacisk w rozróżnieniu kultura masowa vs kultura wysoka/ludowa faktycznie przypadał na odbiorcę. Ja natomiast, za artykułem, proponuję rozróżnienie w zależności od cech, potencjalnego odbiorcy i poziomu dzieła, jego struktury. Oczywiście nie każdy utwór da się opisać sposób skończony (obie te kultury wypełniają się a nie zwalczają), ale z większością nie powinniśmy mieć problemów.

Odnosząc się krytycznie do tego, co piszę, zwracasz uwagę na traktowanie kultury jako produktu. Tak robiła to kultura masowa i opisujący ją naukowcy. Uważam, że cała kultura jest w tej chwili umasowiona (w tradycyjnym sensie kultury masowej). W ten sposób polemizujesz jednak nie ze mną, ale z naukowcami, którzy wypracowali terminologię związaną z kulturą masową, a której ja po prostu używam. Wydawało mi się również, że terminy te nie mają nacechowania pejoratywnego, ponieważ już tyle czasu istnieją w dyskursie.

I uwaga na marginesie - nie korzystanie ze starych schematów i ich nieadekwatność postuluję osobiście ja, ale już bez jakiegoś huku. Opozycję kultury wysokiej i niskiej zabijam w pierwszym akapicie. Jest to raczej ogólnie przyjmowane podejście. Może kiedy opisze ten problem, ale nie czuję się historykiem kulturowym.

Widzę też, że muszę jedną rzecz wyjaśnić - nie zajmuję się w sposób naukowy kulturą masową (do czasu nazywaną również kulturą popularną), nie definiuję jej i nie podaję jej historii, ponieważ nie czuję się w tym temacie kompetentny. Natomiast nie przeszkadza mi to posługiwać się terminami o których co nieco wiem. Nie mogę tu w tej chwili zaproponować nic innego, jak tylko sięgnięcie po współczesne czy klasyczne pozycje zajmujące się tym tematem. W wielkim skrócie, kultura masowa przechodziła trzy etapy umasowienia, z których ten ostatni wiązał się z pojawieniem się mediów, dający natychmiastowy dostęp do większości ludzi w kraju/na świecie. Z czasem z tym trzecim etapem wiązało się coraz większe wtórne odmasowienie kultury masowej, które przez dłuższy czas było ignorowane albo pomijane. W ostatnich latach została odróżniona kultura masowa i popularna, ale powstało dużo odmiennych koncepcji i definicji. Dla ułatwienia dodałem dodatkowe oznaczenia, w tym wypadku bierna i aktywna. Dlatego też pisząc o Bachu czy Szekspirze używam terminu "kultura masowa", a w bardziej aktualnych przypadkach (po circa 1925 roku) wprowadzam nowe rozróżnienie.

Prosiłbym też, żebyś nie porównywał teorii o której piszę z negatywnie nacechowanym komunizmem i praktyką achronicznej interpretacji, czy z orwellowską krytyką państwa totalitarnego, ponieważ nie jest to argument, który powinien być używany w dyskusji. Gdyby ktoś chciał się w to bawić, najlepszym sposobem jest porównanie interlokutora do Hitlera :-)

Nie rozumiem też, w jaki sposób wprowadzenie nowego również dychotomicznego cho odrobinę inaczej zorientowanego paradygmatu miałaby zubożyć język dyskursu (który to dyskurs jest w jedną z podkategorii wpisany). Brakuje mi również tego, że nie uzasadniasz swoich tez czy krytyki. Przerysowując piszesz coś w rodzaju: "nie zgadzam się, nie jest tak tylko inaczej, bo gdyby było tak to byłoby jak w PRL-u".
Marsyn
Marsyn 18 marca 2009, 22:42
Dziwnie się z nam rozmawia. Odrzucasz moje argumenty, a swoją opinię bronisz w niejasny i pokrętny sposób. Zasłaniasz się fasadą słów bez znaczenia, ogólników oraz tautologii i zarzucasz mi to samo ;) Niekiedy przekręcasz moje słowa, inne zupełnie pomijasz. Pytasz prowokacyjnie: "Czy w ogóle obcowanie z kulturą jako taką może oznaczać jakikolwiek rozwój?", a potem odpowiadasz twierdząco wspominając o koniecznym dialogu z kulturą. Trudno się przecież z tym nie zgodzić skoro kultura jest formą dialogu.

Anachronizmem, który mi wypominasz jest hołdowanie pewnym wartościom, a to właśnie one czynią z kultury coś niezwykłego i cennego. Może badacze tego nie dostrzegają, ale to już ich problem i ich smutny, szary świat. Trudno mi postrzegać dorobek poprzednich i obecnych pokoleń jedynie przez pryzmat liczb i walut. Ciągle rodzą się zdolni i spostrzegawczy twórcy. Funkcjonują na rynku i potrafią przy tym powiedzieć wiele sensownego.

Piszesz: "To, że jeden potrzebuje słuchać Bacha a inny Ich Troje, spokojnie moim zdaniem można porównać do tego, że jeden pije dojrzałe wina markowe, a drugi jabole." Ja natomiast dodam, że zupełnie inne są konsekwencje picia dobrego wina i picia jabola.

Pierwsze spożywa się raczej z umiarem i aby je wybrać trzeba mieć pewną wiedzę - zarówno odnośnie rynku win jak i smaku. Wymaga to od człowieka wysiłku. Jabola można kupić szybko i tanio, a potem błyskawicznie się nim upić na ulicy i z radosnym zaangażowaniem niszczyć mienie publiczne. W jakim społeczeństwie chciałbyś żyć - pijącym wina czy jabole? Twierdzę więc, że kultura ma ludziom coś do przekazania. Może ich wychować i wiele nauczyć. Ograniczanie jej do rozrywki o określonych parametrach, które łatwo zmierzyć jest deptaniem ludzkiego wysiłku. Jeśli to anachronizm, którego dziś już się nie bierze pod uwagę - trudno. Do mnie to przemawia.

Z niepokojem patrzę na relatywizm, czy może nawet nihilizm, jaki trawi kulturę zachodu. Nie będzie nowością, jeśli powiem, że zabrnęliśmy na śmietnik historii. Znajdują się na nim twórcy, a za nimi poszli ich badacze. Zastanawia mnie, kto to posprząta?
Marsyn
Marsyn 18 marca 2009, 22:50
PS. Tak w nawiasie dodam, że uśmiech budzi jak łatwo można teraz rozmawiać o kulturze przy pomocy metafor o porno i jabolach. ;)
przysłano: 5 marca 2009 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca