Film

Od symfonii wstrętności do miłości (z) wydzielin. „Wilgotne miejsca” Davida Wnendta

To, co wstrętne daje o sobie znać coraz mocniej we współczesnej sztuce, również filmowej. Wstręt Polańskiego, Wielkie żarcie Ferreriego czy Salò, czyli 120 dni Sodomy Passoliniego to jedne z ważniejszych, klasycznych już przykładów ożywiających myślenie o abiekcie.

Dość często prezentowane w kinie wstrętności, nierzadko wiążą się z nieprzepracowanymi traumami, które podmiot usiłuje leczyć wstrętem do ludzi i świata. Jako takie, to, co budzi wstręt jest kryminalizowane, tak w praktykach codzienności, jak edukacji, czy nawet życiu rodzinnym, stając się tematem niegodnym uwagi. Wyrosłe na kanwie powieści Charlotte Roche Wilgotne miejsca Davida Wnendta, stanowią jednak istotny wyłom w percypowaniu wstrętu, traktując go jako wartość, oliwiącą sprężyny powszedniego życia.

 

W kolejnych scenach filmu poznajemy historię Helen. Dziewczyna jest wychowana przez cierpiącą na obsesję czystości matkę, która restrykcyjnie egzekwując stan higieniczny pochwy i odbytu Helen, nieświadomie ściele grunt pod dorosłe życie córki. To, bynajmniej, nie będzie miało wiele wspólnego z dziecięcą tresurą i wykroczy daleko poza wpajany jej imperatyw czystości. Dojrzewająca Helen będzie czerpać ekscytację z tego, co umyka zwykle uwadze podmiotu – brudna deska klozetowa, sperma, krew miesięczna, masturbacja z warzywami czy wreszcie doskwierające Helen hemoroidy niejako tematyzują jej egzystencję, która okazuje się kręcić wokół płynów ustrojowych oraz odbytniczo-waginalnych przyjemności. To one skrywają w sobie kapitał, bez którego nie sposób pomyśleć dobrego życia.

 

Wychowanie do czystości skutkuje wykształceniem w niej wrażliwości i swego rodzaju czułości wobec marginalizowanych rejonów ciała. Tak anus, jak wagina mogą być przedmiotem troski – mało tego, o trosce tej można opowiadać! – co czyni Helen w rozwijanym od pierwszych scen filmu monologu. Fotografowanie szczytującego chłopaka czy pragnienie sfotografowania własnego odbytu, zaprzątają uwagę bohaterki. Czułość i troska w stosunku do wilgotnych miejsc – całego płynno-cielesnego bagażu niereprezentowanego zbyt chętnie w sferze publicznej, dynamizuje jej życie. Choć może się wydawać, że Helen jest niezwykle rozwiązła, to jest to rozwiązłość o wiele bardziej pozorowana, nastawiona przede wszystkim na emancypowanie stłumionych popędów zapisanych w ciele niż realizowanie projektu hedonistycznej egzystencji. Nastawiona wreszcie na kształtowanie empatii ku sobie i ku innym (Helen-Corinna, Helen-Robin), którym nie udało się oswoić wilgotnych miejsc. To dopiero człowiek wsłuchany w głos własnej somy, może stać się godny innego, który dostrzegłszy poziom „mojej” afirmacji, będzie czerpał szczęście z "mojej" wyzwolonej postawy. Credem życia jest więc udostępnić się drugiemu człowiekowi w całej okazałości, a nie jedynie w kulturowym kostiumie, strzegącym wglądu w ciemne rejony cielesności.

 

Fakt, że bohaterka bez żadnej pruderii opowiada o swoich erotyczno-fizjologicznych eksperymentach nadaje jej życiu lekkości i czyni z niej (lekkości) kategorię regulatywną, określającą stosunek Helen do świata i ze światem. Owa lekkość konkuruje z życiem uczepionej w traumach i zadrażnieniach matki, czującej przerażenie przed tym, że ktoś mógłby przyłapać ją na brudzie. Lekkość więc pozwala naturalizować to, co na co dzień ekspediuje się poza ramy kultury, a co w istocie napędza sprężyny życia i warunkuje jego jakość.

 

Dzięki lekkości znikają pojęcia cielesnych tabu, zaś wilgotne miejsca stają się miejscami znaczącymi. Odbyt okazuję się niezwykle produktywny, natomiast miłość do własnego anusa czy waginy, przekłada się na miłość do drugiego człowieka. Gra, jaką toczy wyzwolona z wszelkich konwenansów Helen, prosząc Robina, by ten zrobił zdjęcie jej zoperowanego odbytu, czy racząc go opowieściami o głębokim gardle, lizaniu prostytutki w krocze czy spuszczających się do pizzy facetach, aktywuje stłumione pokłady niewykorzystanej energii pielęgniarza. Mało tego, pozwala otworzyć mu się na to, co niesamowite i co tkwi w nim samym, stając się zarazem preludium uczucia, które połączy tych dwojga.

 

Przełamać wstręt, poświęcić swój odbyt, rozrywany w imię miłości, to otworzyć się na czucie, to także wyrwać się z cenzury wykastrowanych w publicznym dyskursie ciał. To cierpienie odbytu napędza historię bohaterki, która nie waha się poświęcić tego, co ma między nogami, by zjednać ze sobą rozwiedzionych rodziców, a przy tym pozostać u boku Robina. Miłość do anusa, pochwy, wydzielin okazuje się wymiernym potencjałem, ale i warunkiem jakiejkolwiek relacji z innym. Relacja ta w istocie, co być może umyka uwadze jednostek zanurzonych w cleanocentrycznym dyskursie, opiera się na afirmacji, czy nawet konsumpcji płynów ciała, traktowanych zwykle jako źródło wstydu.

 

Jakkolwiek to brzmi, wilgotne miejsca to swoisty dekalog, skierowany ku ciałom, które giną pod pręgierzem estetyki. To nad wyraz ironiczne, kpiące, mieszające kicz z powagą nawoływanie o wyzwolenie tego, co kryje się w ciele i jego szczelinach. I nie chodzi tu w cale o „orgie wyzwolonych odbytów”, a raczej umiejętne gospodarowanie cielesnym rezerwuarem, widzenie w nim potencji, mogącej być gwarantem tak bliskości, jak stabilności ludzkich stosunków.

 

Film jest szczególnie godny polecenia polskiemu widzowi. Ten żyjąc w kraju, gdzie dyskusja choćby o gender czy edukacji seksualnej doprowadza do feerii emocji oraz eskalacji agresji, zderzony z przekazem mówiącym o produktywnym wymiarze płynów ciała, może doznać swoistego olśnienia i zdumienia, energią i znaczeniem, tkwiącym w tym, co stłumione. Nie sama tematyka zaświadcza o wyjątkowości Wilgotnych miejsc. Konstrukcja filmu, opierająca się na przeplataniu ze sobą losów Helen ośmiolatki z Helen dojrzewającą, która korzysta z tego, co dotąd było dla niej zakazane w imię „czystej cipki”, pozwala doświadczyć swego rodzaju nadmiarowości. Dzięki temu zestawianiu możliwe staje się również zrozumienie życia osiągającej dojrzałość Helen, życia zanurzonego w spermie, krwi, życia z palcem w pochwie i palcem w odbycie, które znajduje uzasadnienie w doświadczeniach z czasów dzieciństwa. Dynamika mówienia, mnogość scen, fuzja afektów, a do tego wszystkiego nastrajająca muzyka, użyta jako świetny komentarz i uzupełnienie prezentowanych treści, jedynie potęgują efekt nadmiaru, dając przy tym doskonałą, tak do oglądania, jak słuchania, symfonię wstrętności.

 

Łukasz Wróblewski

Łukasz Wróblewski

30 Kraków
13 artykułów 2 komentarze
Filolog, kulturoznawca, doktorant Wydziału Polonistyki UJ, autor książki "Masłowska: opowieść o wstręcie" (2016), współredaktor monografii: "Rozkosz w kulturze" (2016), "W kulturze dotyku? Dotyk i jego reprezentacje w tekstach kultury" (2016),…


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
Agata Iżykowska
Agata Iżykowska 18 czerwca 2015, 10:44
Całkowicie się zgadzam, wstręt jest ostatnio bardzo ciekawą i prężnie wykorzystywaną kategorią w kulturze (już nie tylko filmowej). Dobra recenzja :)
przysłano: 2 lipca 2014 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca