Literatura

Gottfried Benn: gen śmierci i gen rozkoszy

Rozległe poszukiwanie wyrazu, genialna myśl poetycka, szorstki, docierający do krwi, prowadzący do wstrząsu język, wybitna myśl teoretyczna, praktyka lekarska, z pewnością rozkosz, szaleństwo, glina ludzka i śmierć.

Propozycja Gottfrieda Benna, jednego z najwybitniejszych poetów niemieckich, jest kompleksowa. Wydany w tym roku przez Biuro Literackie tom Nigdy samotniej i inne wiersze jest solidnym wyborem z przekładów twórczości autora na polskim rynku literackim znanym raczej słabo. Powodem tego jest niewielka ilość publikacji Benna w języku polskim. Wcześniej, w 1982 roku przekłady autorstwa Krzysztofa Karaska ukazały się pod tytułem Poezje wybrane, w 1998 roku wydano wybitne dzieło eseistyczne Benna Po nihilizmie. Autorowi Kostnicy poświęcono także 5-6 numer „Literatury na Świecie” z 2006 roku i obecnie Państwowy Instytut Wydawniczy przygotowuje tom prozy. Prócz wymienionych wydań zwartych i jednego numeru czasopisma, sporadycznie publikowano przełożone na polski fragmenty twórczości prozatorskiej oraz wiersze.

 

Reasumując, droga polskiego czytelnika do Benna była dość skomplikowana, również przez wzgląd na częste klasyfikacje autora Mózgów jako głównego przedstawiciela ekspresjonizmu niemieckiego, mógł on przez to wydawać się dla nieznającego dobrze literatury niemieckiej jako mało atrakcyjny. Określenie Gottfrieda Benna jako ekspresjonisty bez uściślenia i bez zwrócenia uwagi na twórczość po roku 1930, zdają być krzywdzące. Nie mam tu na myśli jakoby twórczość z lat 1912-1920 była nieinteresująca lub artystycznie słaba, nic bardziej mylnego. W zasadzie można jeszcze na wstępie napomknąć o różnicach w pojęciach ekspresjonizmu niemieckiego i polskiego. Czytelnik w Polsce, słysząc hasło „ekspresjonizm” zaraz kojarzy środowisko „Zdroju”, postulaty filozoficzno-narodowe itp., co też sądzę mogło wpływać na możliwą niechęć. Niemiecka sztuka czasu ekspresjonizmu to głównie projekty artystyczne, w mniejszym stopniu filozoficzne, a jeśli, to dotyczyły raczej wewnętrznej estetyki twórczości. Wracając jednak do Benna, rzecz ma się jeszcze inaczej.

 

Autor Po nihilizmie od samego początku wytworzył osobny idiolekt. Niezwykle silną i stanowczą dykcję wymowy poetyckiej. U niego wygląda to tak, jakby literatura stanowiła osobne wydarzenie egzystencji, a później jeszcze dalej – stawała się osobnym, autonomicznym bytem, immanentną kompletnością, czego wyrazem miał być „wiersz absolutny”. Literatura inaczej niż jej twórca, który nigdy nie będzie w stanie zdobyć stanowiska „Ja” pełnego, skończonego, absolutnego, miała stawać się integralną wewnętrznie mową, mającą moc inwigilacji rejonów empirycznie niedostępnych. Tylko sztuka może być walką z rozpadem, szkoleniem się, odnajdywaniem, nieustannym starciem. Sam Benn wypowiadał się, że wiersz jest „próbą artysty, który w obliczu powszechnego rozpadu treści chce jako treści doświadczyć samego siebie i z tego doświadczenia stworzyć styl”. Wypowiedzi teoretyczne Benna na wiele lat stały się kanwą zachodniego myślenia o poezji i sztuce. Słynął z genialnych i inspirujących, choć niezwykle rzadkich, odczytów, uwielbiały go kobiety.

 

Początkowa faza twórczości przypadła na okres praktyki lekarskiej, czego głośne echa znajdujemy właśnie we wczesnych wierszach. Nim Benn rozpoczął i skończył z wyróżnieniem studia biologiczne i medyczne, studiował jakiś czas filozofię i teologię. Oddźwięki tych wszystkich jakże różnych sposobów rozumienia i odczuwania istnienia krzyżują się w tej twórczości. Silny biologizm, brutalna cielesność tworzą duszny i ciężki obraz poetycki sal operacyjnych, prosektoriów; opisy nocnego życia, moralnej upadłości i wszelkich patologii społecznych znajdujemy wespół z żarliwym pragnieniem istnienia, intelektualnego oczyszczenia. Tu natrafiamy na wykroczenia Benna przeciw oficjalnym dekretom ekspresjonizmu. Właściwie mówiący u niego podmiot balansuje między mimetycznym choć wzmocnionym oczywiście opisem ludzkiego ciała, a stricte ekspresją umysłu. U Benna był nieustannie obecny raczej „mózg”, jak w cyklu wierszy Kostnica czy w utworze Lekarz aniżeli fantazyjna metafora Trakla, innego wybitnego poety z okresu.

 

Nie trudno skojarzyć tę poezję, szczególnie jej kierunek intelektualny (psychologizujący nurt myśli o „Ja” uwikłanym w nieświadome zależności) z wystąpieniami Freuda. To nieco zasłania jej wynalazki spod znaku estetyki twórczości, genialności kompozycji i jej sposobu, niezwykle prekursorskich w tamten czas.

 

Benn przeniósł do wiersza specjalistyczną terminologię medyczną, tworzył poezję z elementami publicystyki, jego wiersze głównie z okresu późniejszego są niepowtarzalnymi kolażami wyobraźni. Intencjonalnie nierównie we wewnętrznej strukturze, tworzą wizerunek nieustannie upominającego się o głos języka, który bardzo szybko traci na wartości, na własnym znaczeniu. Stąd uznać można Benna za prekursora nurtów poezji ponowoczesnej, jeśli takowe stwierdzenie, proszę wybaczyć, poza roboczym użyciem, w ogóle istnieje.

 

Wielokrotnie oskarżany o cynizm, o nihilizm, brutalnie atakowany przez faszystów i komunistów, później również bardzo ostro osądzany za sympatyzowanie z ruchem narodowosocjalistycznym Hitlera (co rzeczywiście miało miejsce przez bardzo krótki okres, po 1933 następuje radykalny zwrot w myśli niemieckiego poety i odwrót od ideologii totalizujących) Gottfried Benn jest idealnym przykładem jednostki doświadczającej historii wręcz organicznie. Tyleż razy był odsądzany od czci i wiary, co nagradzany i chwalony, uznawany za geniusza, że raczej można uznać go za „poetę przeklętego”. Również życie osobiste było wypełnione tragediami takimi jak nieoczekiwana śmierć dwóch żon. Te wydarzenia wstrząsają wewnętrznie autorem Nocnej kawiarni, pozostawiają wewnątrz ślady niezatarte do końca życia.

 

Dzieło Gottfrieda Benna coraz częściej przypomina, jak kiedyś o swej twórczości wyraziła się Marina Cwietajewa „krzyk obrażonej duszy”, z tym, że u Benna krzyczy raczej dotknięty bólem mózg. Ból jest porażający, jest to ból niemożliwości uzyskanie pewnego, solidnego siebie. Ta niemożność od razu idzie w parze z pewnym moralnym obostrzeniem – mogę przecież mówić tylko za siebie, tylko za siebie, powtarza Benn. Za siebie, który jednak umiera za każdym słowem wypowiedzianym, bo słowo zostaje samo, zawsze w zupełnej samotności. I kolejna kwestia, że nieunikniona samotność słowa jest również samotnością niemożliwego „Ja”. Ala sama samotność jest uchybieniem, z którym potrzeba się uporać, przynajmniej nieustannie usiłować to robić. Sztuka, poezja spod znaku wysokiego artyzmu być może jest w stanie tego  dokonać. Pisanie, które mogłoby „rozedrzeć własną istotę” było zamiarem Benna. „Wiersz syntetyczny” formuła poetyckiej mowy, która dokonywałaby chwilowego scalenia, momentalnego zespolenia rozdartego znaczenia, rozdartego na słowo i rzecz. O takim staraniu świadczy utwór Synteza:

 

Milcząca noc. Milczący dom.
Jam jednak z tych najcichszych gwiazd,
Ja nawet jeszcze własny blask
wypędzam w własnej nocy głąb.

 

Wróciłem mózgiem znów ku sobie
z jaskini, z nieba, z gnoju stajni.
To nawet, co wciąż lgnie do kobiet.
to tylko mrok onanii.

 

Ja toczę świat. Ja rzężę łup.
I w nagim szczęściu brodzę potem:
nie wtłoczy śmierć, nie wgnije trup
mnie, mego Ja, w ten świat z powrotem.

 

Samotność jako wewnętrzna integracja, jako spotkanie dwu biegunowej istoty człowieka – „genu śmierci i genu rozkoszy”, Thanatosa i Erosa, jest jedyną drogą poświadczenia własnego życia w sztuce, własnej egzystencji instynktownie starającej się o przetrwanie. Jednak dojmujące jest uczucie, które wstrząsa świadomością pojmującej, że przetrwanie jest odrywane od losu jako legenda, jako baśń. Stąd śmierć i rozkosz, samotność i być może jakieś odnalezione „My” – jednak ciągle wszystko znaczy jeszcze jeden gen, gen końca. Ostatnie wiersze noszą znamiona pogodzenia się z nadchodzącą śmiercią, o której Benn wiedział wcześniej, wykryto bowiem u niego nowotwór. Gottfried Benn umiera 7 lipca 1956 roku, pozostawiając po sobie jedno z największych dzieł liryki wieku XX.

 

 

***

 

 

TYLKO DWIE RZECZY

 

Już tyle form wypróbowano:
I Ja i My i Ty,
Lecz „po co?" – to jedno pytanie
Wciąż rodzi się cierpienie i łzy.

 

Pytanie dziecinne jest dosyć.
Zbyt późno dostrzegłeś ów fakt,
Że ważne jest tylko byś znosił
– w logice, legendzie, rozkoszy –
Swój los, zawsze mówił mu: tak.

 

Przeminął śnieg, morze i róże,
Bo wszytsko ma koniec, co trwa;
Dwie rzeczy już tylko są: próżnia
I przez los naznaczone Ja.

                                  Gottfried Benn

 

 

 

 

 

Paweł Paszek

 

 

 

 

 

Gottfried Benn, Nigdy samotniej i inne wiersze

Liczba stron: 200

Biuro Literackie, 2011

Paweł Paszek

35 Czechowice-Dziedzice
13 artykułów 3 komentarze


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
Justyna D. Barańska
Justyna D. Barańska 4 pazdziernika 2011, 18:19
A to jest tak, że kochając Baudelaire'a, nie można sobie odpuścić Benna. Baudelaire silnie wybrzmiewa w twórczości Benna, który unosi ciężar tego dziedzictwa na własny sposób, dobry sposób. Ładnie eksponuje ludzkie ciało jako bezustanny rozpad, olewa pozornie stronę duchową, pokazując, że właśnie to ciało, to jest dokładnie to, co po nas pozostaje. I jeszcze dopowiada, co z tą pozostałością można zrobić. Inna kwestia to zderzanie mięsa, obrzydliwości z pięknem, jak w "Małym astrze" - tu nie ma mowy o żadnym głupim sercu, jest ten wspomniany powyżej mózg, a w klatkę piersiową topielca zaszywany jest aster, który ma się ciałem nasycić. Zupełnie jakby Benn chciał zwrócić ciału duszę albo kpił sobie: no bo popatrzcie, czym się ta dusza za życia żywiła.
Paweł Paszek 4 pazdziernika 2011, 19:31
Nie jest chyba tak głupie serce, a i u Benna serca uraczysz, u późniejszego szczególnie, jest nawet róża, choć też znaczona końcem... Ale z drugiej strony, przezwyciężając, powiedzmy ekspresjonizm, Benn ostatecznie mówi: Tak. Podobnie Molly Bloom... To jak jest więc, najpierw mówimy krew, kał, dziwka, odór... a potem "niech nikt nie płacze", śnieg, Ona, róża ... Zdumiewa to ale dobrze, to dobrze... Ciekawa jest ta przywra niepokoju, a potem jakby wymuszony albo odkryty pokój zgody. I rośnie we mnie akuratny ładunek potężnego NIE WIEM.
Justyna D. Barańska
Justyna D. Barańska 4 pazdziernika 2011, 20:02
A nie właśnie taka jest prawda o człowieku - takie kompleksowe ujęcie? No jasne, możemy skupiać się w poezji na ptaszkach (nie mylić: Paszkach :P), krajobrazach, sprawach społecznych, odczuciach, człowieczeństwu w ładnym (!) i mądrym wydaniu itd. itd. itd., a wszystkie wspomniane kały, smrodki (w "Zabójcy Schillera" jest wyznanie: "Jestem smrodem") i inne paskudztwa ukrywać w cieniu metafor.

Ale, ale... nie wiem czy w wydaniu z BL też jest ten teksty, ale "W zwierciadle kultury" to już nie ma żadnej obsceny (chociaż wcale nie jestem pewna, czy w tych poprzednich tekstach można się akurat w te rejony zapuszczać z dzisiejszego punktu widzenia). Benn kieruje jeszcze bardziej spojrzenie w stronę codziennego obszaru człowieka:

"Pierwszorzędny szlagier w 1950 więcej znaczy
niż pięćset stron kryzysu kulturalnego.
W kinie dokąd można zabrać ze sobą płaszcz i kapelusz
więcej wody ognistej niż na koturnie
i bez uciążliwej przerwy."

No i dobrze wiedzieć, że Benn to nie tylko w prosektorium bywał, lecz w takich przybytkach dobrej nadziei, jak kino.
przysłano: 17 marca 2011 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca