Film

Raport mniejszości - Davis, Lucas, Spilberg

Oczekiwałem, że z połączenia osobistości Dicka i Spilberga wyniknie coś poważnego, ale najzwyczajniej w świecie pokazali, że Hollywood rządzi, że mają gdzieś bardziej wymagającego widza. (jak np. mnie ;P)
Oczekiwałem, że z połączenia osobistości Dicka i Spilberga wyniknie coś poważnego i, o ile nie mogę zarzucać niczego pisarzowi, to reżyserowi i kolesiom, którzy w oparciu o opowiadanie stworzyli taki scenariusz, śmiać się będę w twarz. Najzwyczajniej w świecie pokazali, że Hollywood rządzi, że mają gdzieś bardziej wymagającego widza. (jak np. mnie ;P)

Ale po kolei.

Na samym początku zachwyt nad tak świetnie stworzonym światem. [choć są śmieszne niedopracowania, jednak wrażenie robi, brawa dla Dreamworks] Druga chwila miłych rozmyślań nad godnym uwagi pomysłem Dicka, pomieszania teraźniejszości i przyszłości w sposób, hmm... do niego pasujący. (i świetny smaczek zabawy przyszłością w scenie drogi do pewnego pokoju 1006 – ci którzy widzieli, to wiedzą, ci którzy nie, nie dowiedzą się, póki nie obejrzą.) Niestety, po kilku chwilach zachwytów film przemienia się w kolejną wersję Ściganego. Nawet chodzi o to samo. Niewinny człowiek ucieka przed policją, starając się cały czas rozwiązać zagadkę zbrodni, by udowodnić, że to nie on ją popełnił. (Z tym, że do niej – tej zbrodni - dopiero ma dojść)

Wszystko to już było. Dodatkowo jedna ze scen – walka w hali montażowej samochodów, tak bardzo przypomina walkę z Ataku klonów – również z linii produkcyjnej (nawet „uwiezienie” ręki to samo) Czyżby Spilberg pozazdrościł Lucasowi? Co najmniej dziwne. ;) (jest jeszcze jedno zaciągnięte rozwiązanie – może to specjalnie?)

Film miejscami, aż rozbraja swoją prostotą i wręcz żałosnym humorem. Dużo jest momentów, gdzie aż się chce wyć, choć szybka akcja wciąga.

Końcówka to lekka dłużyzna, która przemienia się w tragiczne wprost zakończenie, cholernie amerykański happy end.* To chyba najbardziej złości, nie ma w niej tak wspaniałej, pachnącej Dickiem dwoistości, bo niby dlaczego miała by się tam znaleźć? Streszczając ambitne przesłanie filmu można to określić np. tak „nie wierz w przeznaczenie, bo zawsze sam możesz zadecydować”. Szkoda tylko, że jest to tak prosto rozwiązane.

Cóż, z takiego materiału można by skręcić kilka ciekawych filmów, każdy mógłby rozwinąć inny wątek, inne wątpliwości, po których Raport mniejszości ledwie się ślizga. Na przykład dlaczego nie skupić się bardziej nad wątpliwością, czy jeżeli morderstwu zapobiegnięto przed jego dokonaniem, i miała to być zbrodnia w afekcie, to czy właściwe jest skazanie takiego mordercy?

----

* - Amerykański happy end, to w skrócie mówiąc zakończenie dla głąbów, którym w kilku słowach należy wyjaśnić o co chodziło w filmie i jak się to skończyło. (Z dopiskiem „i żyli długo i szczęśliwie”.)

:)

42
4 artykuły 3 teksty 122 komentarze


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
jon pes 26 września 2002, 18:08
nie zgdzam się kurna-nie wiem jakie gusta podzielasz sotes ale raport mniejszości to najlepszy film od pół roku-akcja wartka,pomysł niecodzienny i przede wszystkim pięknie zmontowany-są pewne standarty które dzieło musi powielać-dużo było filmów o niewinnych ściganych i dużo o winnych-dużo z happy endami i dużo bez...zaletą raportu mniejszości jest wrażenie całościowe i nieważne czy widz zrobi na końcu debilne ach czy dostąpi łaski refleksji-to jest dużo lepsze widowisko od chociażby pianisty(choć porównanie nie na miejscu)
ps. jeśli do kina będą chodzić smakosze Twojego pokroju zacznie się zamiłowanie do nudnego kina skomplikowanych idei i niedopowiedzeń
KRZYK 28 września 2002, 00:05
Film jest bardzo dobry! SPIELBERG zmierzył się z tematem w mistrzowski sposób... Nie zgadzam się z zarzutami Sotesa. To dobre kino, które pogodziło chcących się zabawić (akcja!) i tych, którzy chcą pomyśleć dokąd nas postęp techniczny zaprowadzi... Polecam. Zdecydowanie najlepsza rzecz w kinach od dłuższego czasu!!!
Saturnin Maciek Duszyński
Saturnin Maciek Duszyński 29 września 2002, 09:13
Najpierw odpowiedź na komentarz sithomera:

>nie zgdzam się kurna-nie wiem jakie gusta podzielasz sotes ale raport mniejszości to najlepszy film od pół roku

pół roku... hmm... chodzi ci o stworzenie filmu czy o czas dystrybucji? bo wiesz, w tej chwili w kinach jest (była) taka np. "ziemia niczyja". obejrzyj. potem pogadamy, czy raport jest "najlepszym filmem od pół roku"

A teraz o filmie: dno i trzy metry mułu. Jeśli ktoś naprawdę lubi Dicka i czytał to opowiadanko, będzie przerażony. Film powinien skończyć się mniej więcej w połowie, może to by go uratowało. A tak? Jeszcze jeden, kolejny film sci-fi biorący pełnymi garściami z... Lucasa i Scotta (wiem, że jestem z tym nudny). I w tej kwestii nic się nie zmieni. Ostatnim dobrym filmem sci-fi jaki widziałem był Vanilla Sky (o niebo lepsza rola Cruise'a) i ten wszystkim polecam (był dobry, bo holywood zjechało go z hiszpańskiego "Ambre los ojos" czy jak to tam się pisze i nie zmieniało na szczęście zbyt wiele). Nawet na kasecie "VanillaS" jest bardziej wciągający, niż te godziny nudy, które trzeba przesiedzieć w kinie na Raporcie. Wciągająca akcja? Naprawdę wolę chociażby Ściganego z Harrisonem Fordem. Film kultowy? Jeśli społeczeństwo ma mieć takich 'bożków' jak Raport to wypisuję się z tego kraju. Spielberg musi się w końcu zdecydować, czy robi filmy dla dzieci czy dla dorosłych. Much ado about nothing.
kasia 29 września 2002, 21:06
Jako wielbicielka "Matrixa" spodziewalam się po "Raporcie" (kolejnym fimie z rodzaju "futuro-roboto-feelingowego") znacznie więcej. Dzielo wielkiego S. okazało się typowym filmem akcji i wlaściwie nie pozostało w nim wiele miejsca na Dickowskie przemyślenia. Jest również braciszkiem "A.I.", który mialam okazję obejrzeć pare tygodni wcześniej. Widać w nich pewną manierę reżysera (syndrom "dużych jaj"?). Cruise, który w Vanilla Sky był świetny (do pewnego stopnia grał siebie samego) tutaj... hymm.. za dużo go na tych srebrnychh ekranach i tyle.

Nie był to jednak zły film - dobre kino akcji. Ale z poglądami wielu krytyków (np. w najnowszym "Wprost"), zdaniem których "Spielberg wszedł w najwartościowszy etap swojej twórczości" absolutnie się nie zgadzam.
dzarro 30 września 2002, 12:56
Zgadzam się z autorem. Film jest tylko fajną rozrywką. Fenomen Dicka polega na tym, iż nie stroniąc od niesamowitych, sensacyjnych fabuł był zarazem - obok Kafki i Becketta - największym pisarzem metafizycznym XX w. U Spielberga pozostaje jedynie pierwszy element i to w wyjątkowo naiwnej formie. Pokazywany niedawno w kinach film "Test na człowieczeństwo" był gorzej zrobiony i - nie da się ukryć - nudniejszy, nie rezygnował jednak z tragizmu, ukazywał dzięki temu elementarne problemy i obsesje twórczości Dicka.

P.S. Ciekaw jestem jak wypadnie nowa wersja lemowskiego "Solaris". To kolejne wielkie wyzwanie dla kina sf. Jak zwykle w takich wypadkach, nadzieja idzie w zawody ze sceptycyzmem i niepokojem...
Usunięto 1 komentarz
przysłano: 25 września 2002


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca