Literatura

O jedno rozerwane krocze za daleko? „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator

Wałbrzych opisany przez Joannę Bator w powieści „Ciemno, prawie noc” jest pełen stereotypowych bohaterów „z żałobą pod paznokciami i żałobą po zaginionych dzieciach”. Nagromadzenie tak wielkiej ilości zachowań, jakby inspirowanych treścią kodeksu karnego sprawia, że właściwie zaczynamy zastanawiać się dlaczego autorka zdecydowała się na użycie nazwy Wałbrzych wobec opisu tego fikcyjnego miasta, w którym źli ludzie lęgną się jak robaki? Przecież wystarczyło napisać P*******.

 

Ciemno, prawie noc to baśń dla dorosłych, autorka książki posługuje się agresywnym językiem wcale nie dlatego, by szkować, ale by stworzyć miraż magii i brutalnego realizmu. Epatowanie pornografią, zabójstwami, niezrównoważonymi psychicznie rodzicami pojwia się tu co kilka akapitów. Co ciekawe, choć język autorki jest dosadny, to trudno tu emocje obrzydzenia. Bator nie chce działać na takich emocjach intencjonalnie. Bator, tak jak mała bystra dziewczyna opowiada ze szczegółami to, co widzi. Perspektywa dziecka – małego dorosłego i dojrzałej kobiety mieszają się co chwilę.

 

Ciemno, prawie noc to trochę opowieść o Polsce, a trochę bardzo indywidualna historia życia w mniejszym mieście i wyrywania się z niego. Jak przystało na baśń powinna ona nieść jakiś morał. Jest nim zapewne to, że mimo upływu lat, zmiany miejsca zamieszkania i stylu życia, nie sposób całkowicie odciąć się od dzieciństwa. A to między innymi dlatego, że podobne historie odtwarzają się co chwila na nowo w życiach innych osób.

 

 

Aneta Ilnicka

Aneta Ilnicka

29 Wrocław
8 artykułów 9 komentarzy
Junior Brand Manager, copywriter, wolny strzelec i łowca głów.


Dodaj komentarz anonimowo lub zaloguj się
 
Hendryk Ament
Hendryk Ament 27 marca 2014, 19:30
"(...) listopad był szczeliną w czasie, pęknięciem między jesienią i długą zimą, gdy żyło się na krawędzi, w zawieszeniu, i czekało, aż czas zabliźni się, gdy przyjdą grudniowe mrozy". „W listopadzie, Wielbłądko, można wyjść po zapałki i nie wrócić, w listopadzie, jak dobrze się przyjrzysz, to zobaczysz, że w każdej kałuży widać schody, które prowadzą pod ziemię. Nocą odpływy w łazienkach powiększają się tak, że bez trudu mieści się w nich dorosły człowiek. A takie siuśmajtki jak ty muszą uważać nawet na szpary w podłodze i mysie dziury". „Dlaczego?". „Bo listopad to czas, gdy otwierają się przejścia"", „Opadałyśmy na dno w zielonkawej ciszy, z otwartymi oczami, by nic nie uronić z cudownej przemiany dziewczynek w wodne stworzenia, lekkie i wolne. Gdy byłyśmy już głęboko, Ewa wskazywała palcem w górę, gdzie światło prześwietlało na wskroś liście unoszące się na wodzie. Odbijałyśmy się od dna w ich kierunku, ku słońcu",„Chciałam być jak Stefania pogryziona przez krokodyla, która jednak wyszła z całej przygody piękniejsza i silniejsza”, „Gdybym powiedziała, że mnie to nie interesuje (…), po Marianie zostałaby kupka popiołu, sygnet i fajka”, „Emanował z niego smutek jak z etykiety zastępczej”…
Książka Joanny Bator utkana jest z mnóstwa takich lirycznych perełek. Niestety, miejscami, naciągana bywa do granicy bólu. Satyra rysowana ogólnie dość grubą krechą, dająca się streścić w zdaniu, że Polacy to kmioty, mohery i utopce. Gdyby ograniczało się to do kilku scen, byłoby znośnie, miejscami i zabawnie, ale te same dowcipy powtarzane są w nieskończoność - może po to, by czytelnik - kmiot, moher i utopiec utrwalił sobie na dobre i na złe. Co niniejszym czyni „najlepszą książkę roku” parodią samej siebie.
I nawet, jeżeli taki był zamysł, moim zdaniem, nie broni się to szczególnie. Nie każdy rodzi się Witkacym. Poza tym wielu współczesnych robi to dużo lepiej. Tak że, ogólnie rzecz biorąc: araukaria, cantedeskia, euforbia…
Aneta Ilnicka
Aneta Ilnicka 27 marca 2014, 23:31
Mam wrażenie, że właśnie z przytoczoną w komentarzu interpretacją starałam się polemizować. Nie twierdzę, że jest ona nieuprawniona. Co więcej, jeśli mogłabym coś do niej dodać to proponuję rozwikłać zagadkę czy Bator pisała tę baśń dla czytelnika-mohera, czy dla współczesnego intelektualisty, który o moherze ma czytać, a nie go uosabiać? Sama nie wiem, która z opcji jest bardziej krzywdząca.
Hendryk Ament
Hendryk Ament 28 marca 2014, 22:46
Oczywiście, dla intelektualisty... W każdym razie z zamysłu. Nie twierdzę, że powieść jest bezwartościowa, jestem pod wrażeniem językowej wyobraźni autorki. Ale w wielu miejscach, moim zdaniem, siada zupełnie. Te same dowcipy w kółko, takie same postaci, pomysł z internetowym forum - żywcem, jakby ciupanie na wierszówkę. Pewnie, można na siłę forsować tezę, że taki zamysł, bo taki świat, czy też, jak Pani twierdzi, chodzi o obrazy z dzieciństwa. Ja bym jednak była za większą selekcją materiału.
Aneta Ilnicka
Aneta Ilnicka 28 marca 2014, 23:26
Chyba mnie troszkę przekonałaś. "selekcja" materiału to bardzo dobre określenie tego, co tej książce jest potrzebne, by nie musieć wewnętrznie oburzać się w trakcie lektury. Z drugiej strony m.in. to wewnętrzne oburzanie się jest też dla mnie efektem narracji dorosłego i narracji dziecka, które walczą że sobą nie tylko w książce, ale i w głowie czytelników... I choć to ciekawy efekt, to faktycznie może to tylko moja obserwacja i może jednak warto byłoby odsiać te książkę ze schematów. Jestem skłonna się do tego przychylić, gdyż nie ufam Bator. Zamysł napisania książki o moherach dla inteligencji niebezpiecznie do niej pasuje.
Hendryk Ament
Hendryk Ament 7 kwietnia 2014, 12:51
Ot co. Dowcipy z moherów ani nie trącą świeżością, ani specjalną oryginalnością, ani nie kleją za bardzo z innymi scenami książki. O ile za pierwszym, czy drugim razem się jednak zaśmiałam, gdyż, ostatecznie, nie wszystko musi być mega świeże i oryginalne, to jednak są granice i od pewnego momentu zaczęłam odczuwać zażenowanie...
przysłano: 19 marca 2014 (historia)


Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką prywatności.
Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.

Zgłoś obraźliwą treść

Uzasadnij swoje zgłoszenie.

wpisz wiadomość

współpraca